20.12.2018 16:13

"Aquaman", reż. James Wan [RECENZJA]

Yeah! - krzyknął Arthur Curry, zeskakując z klifu w kierunku oceanicznych głębin, w których odnajdziemy ośmiornicę grającą na bębnach i gościa, którego zwą Panem Oceanów. I to, czy film Wam się spodoba, czy nie, zależy od tego jakie emocje wywołało w Was pierwsze zdanie tej recenzji. 

Aquaman
foto: kadr z filmu "Aquaman"

Cały film Jamesa Wana można podsumować słowami: "animowany serial DC pomieszany z anime i budżetem wynoszącym 200 milionów dolarów". Podczas seansu "Aquamana" możemy bowiem odnieść wrażenie, że twórcy po prostu świetnie się bawili przy pracy, a każdy absurdalny pomysł został w jakiś sposób został umieszczony w najnowszej produkcji DCEU.

Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy jest oczywiście aspekt wizualny "Aquamana". Wan i spółka wykreowali naprawdę wspaniały podwodny świat, a każde z podwodnych królestw ma cechy charakterystyczne, które świetnie odróżniają je od siebie. Tak samo wybitny jest projekt większości podwodnych kreatur - od pospolitych zwierząt, takich jak delfiny, czy orki, aż po bardziej wymyślne kałamarnice i inne krakenopodobne stwory. Wszystkie z nich wyglądają, jakby naprawdę mogły zamieszkiwać dna oceanów. Na pochwałę zasługują również efekty specjalne, zwłaszcza te, które widzimy podczas podwodnych walk. James Wan i jego ekipa naprawdę starali się, aby ich film wyglądał spektakularnie. Poza kilkoma momentami, w których reżyser już po prostu nieco przesadził (scena pocałunku w środku bitwy, która przypomina "Miasto 44" jest tego świetnym przykładem). 

DC z kolejnym niezłym filmem

Niestety, cała reszta filmu nie utrzymuje wysokiego poziomu ustawionego przez aspekt wizualny, pracę kamery i inne triki reżyserskie zastosowane przez Wana. Jeśli chodzi o kreacje postaci, to prym wiedzie Jason Momoa, który dzięki swojej charyzmie, naturalnemu luzowi i wolności artystycznej może robić z Aquamanem właściwie co mu się żywnie podoba. Twórcy sami żartują z jego nieprzeciętnej urody i specjalnie umieszczają ujęcia przedstawiające aktora machającego mokrymi włosami w zwolnionym tempie, czy patrzącego się wyzywająco w kierunku wrogów. Momoa bawi się rolą, nigdy nie bierze jej zbyt poważnie, ale kiedy trzeba to potrafi znaleźć w sobie ten "królewski pierwiastek", którego potrzeba, żeby przedstawić w miarę wiarygodnego władcę Siedmiu Mórz. 

Bardzo dobrze wtóruje mu Amber Heard wcielająca się w księżniczkę Merę. Mam wrażenie, że nieco zbyt szybko twórcy postanowili zbliżyć głównych bohaterów do siebie, przez co ich romans jest nieco naciągany, ale nie zmienia to faktu, że aktorka dobrze uzupełnia śmieszkującego Momoę i daje dobry występ. Show kradną za to Nicole Kidman i Temuera Morrison, którzy wcielają się w rodziców Arthura. To właśnie ich historia jest klamrą spinającą cały film i trzeba przyznać, że to po prostu działa, a ich życie rodzinne ogląda się naprawdę przyjemnie. 

Słów kilka należy się jeszcze Patrickowi Wilsonowi i Yahyi Abdul-Mateenowi II, którzy wcielają się kolejno w Pana Oceanów/Króla Orma i Black Mantę. Złoczyńcy są po prostu okej, a Wilson zdecydowanie dobrze bawił się przerysowanym wręcz do granic możliwości psychopatą, którym jest młodszy brat Arthura. Rozczarowuje za to nieco Willem Dafoe, który jest wyjątkowo "nieużyty" w "Aquamanie". 

Aquaman nie jest bez problemów

Film cierpi jednak z powodu scenariusza, który jest niepotrzebnie przedłużony, ale jednocześnie na tyle znośny, że podczas seansu nie ma się zbyt często poczucia nudy. Podobnie jest z resztą z dialogami, które są bardzo nierówne - niektóre żarty są autentycznie śmieszne, niektóre są tak głupie, że aż śmieszne, a niektóre są po prostu tak złe, że jedyną reakcją na nie jest grobowa ciesza. Oprócz tego "Aquaman" ma za dużo scen "ekspozycji", w której bohaterowie po raz kolejny powtarzają Arthurowi cel jego misji. Jest to nieco nudne, ale na szczęście filmowcy zdają sobie z tego sprawę i wszystkie wolne momenty są szybko w jakiś sposób urozmaicane - czy to sekwencją pościgu, czy to walki wręcz albo chociaż głupim żartem.

W ogólnym rozrachunku "Aquaman" zdecydowanie spełnia podstawowe zadanie filmu, czyli po prostu bawi. Tak jak wspomniałem na początku - to, w jaki sposób zareagowaliście na pierwsze zdanie tej recenzji jest wyznacznikiem tego, czy powinniście zobaczyć ten film. Jeżeli tak jak ja zostaliście zaintrygowani, to "Aquaman" Wam się spodoba. Jeżeli stwierdzicie, że brzmi to bardzo głupio, to lepiej sobie darujcie seans. 

Ocena 7 + yeah!/10

Tagi: #Aquaman #DC Comics #Recenzje