01.07.2016 11:01

BFG: Bardzo Fajny Gigant

Tytułowy bohater to z pewnością postać trudna do przeoczenia, a jej widok raz na zawsze zapada w pamięć. Czy tak samo jest z nowym dokonaniem Stevena Spielberga?

BFG: Bardzo Fajny Gigant
foto: materiały prasowe

Reżyser ponownie przenosi się w bajkowe krainy, tak jak to zrobił przy okazji „Hooka” i raz jeszcze przepuszcza całą opowieść przez pryzmat dziecięcej wrażliwości, jak w „E.T.”. Zresztą „Bardzo Fajny Gigant”, powstały na podstawie książki Roalda Dahla, autora m.in. „Charliego i fabryki czekolady”, promowany jest jako wersja dzieła z 1982 roku przeznaczona dla nowego pokolenia.

W przykrytym płaszczem nocy Londynie po sierocińcu snuje się mała Sophie, debiutująca Ruby Barnhill. Opuszczona przez rodziców dziewczynka cierpi na bezsenność i w czasie tej właśnie pozbawionej zmrużenia oka nocy zauważa na ulicy olbrzyma. Ten w obawie o to, że mała ogłosi na cały świat istnieje magicznych istot, porywa ją i transportuje do swojego kraju. Tak chce uchronić siebie i swoich pobratymców, choć ci to zgraja tępaków napełniająca brzuchy porwanymi dziećmi, przed zostaniem schwytanym przez ludzi i późniejszym umieszczeniem w klatce ku uciesze gapiów. Początkowa nieufność i niechęć, jak to w bajkach bywa, przerodzi się w wielką przyjaźń, a ta z czasem będzie musiała zostać wystawiona na próbę.

Spielbergowi udało się na podstawie scenariusza zmarłej już Melissy Mathison, scenarzystki „E.T.”, przedstawić sentymentalną, czasami może trochę cukierkową, ale jednak piękną opowieść. Rzecz, która z reguły udawała się Disneyowi, nim studio zaczęło coraz śmielej wypełniać swoje produkcje efektownością. „Bardzo Fajny Gigant” jest jej zresztą prawie w całości pozbawiony. Postawiono na treść, nie zaś na akcję i nawet kiedy twórcy stwarzają sobie pole do tego, aby rozwinąć skrzydła i wnieść do filmu trochę ducha przygody, to jednak rezygnują z tego. Lont fajerwerków zostaje zapalony, ale gaśnie nim te zdążą wystrzelić.

To sprawia, że film może nie spotkać się ze zbyt ciepłym odbiorem wśród dzieci, które zostały już raczej przyzwyczajone do większej dozy atrakcji. Zwyczajnie mogą nie dostrzec prawd, które próbuje im przekazać reżyser. Zrekompensuje im to co prawda warstwa wizualna, nieco bardziej dynamiczna druga połowa dzieła, w której pojawia się sama królowa brytyjska, a także slapstickowe gagi oraz wypełnione zabawnymi neologizmami słownictwo olbrzymów. Ale czy to wystarczy? „Bardzo Fajny Gigant” może się okazać zbyt archaiczny pod względem kompozycji na nasze czasy.

Spielberg nie poszedł też za przykładem wielu współczesnych dzieł z gatunku, w którym się porusza, a gdzie twórcy z pietyzmem odmalowują fantastyczne światy. Kraina Gigantów jest ledwie odrysowana – nie dowiadujemy się o niej zbyt wiele. Próżno też szukać szczegółów z życiorysu Sophie, czy z przeszłości jej wielkiego kompana parającego się łapaniem i tworzeniem snów. Dostajemy tylko tropy i wskazówki, nie zaś jasne wytyczne. Z jednej strony doprowadza to do braku nawiązania zażyłości między widzem a bohaterami, jednak ekranowa historia przyjaźni jest na tyle uniwersalna i szczera, że pomimo wszystko można poczuć w sercu całą gamę ciepłych emocji.

Nowy film Stevena Spielberga, w myśl jego tytułu, jest fajny, momentami nawet bardzo fajny. Zabrakło jednak sporo do tego, aby obraz stał się gigantem.

Ocena: 3/5

Robert Skowronski
Tagi: #Bardzo Fajny Gigant #Recenzje