18.12.2018 16:19

"Bumblebee", reż. Travis Knight [RECENZJA]

Do kin trafił spin-off serii "Transformers" zatytułowany po prostu "Bumblebee". Czy historia żółtego Autobota ma szansę przywrócić wśród publiczności zainteresowanie Transformersami?

kadr z filmu Bumblebee
foto: kadr z filmu Bumblebee

Seria "Transformers" to dość kontrowersyjny twór. Nie chodzi jedynie o filmy, które powstają od 2007 roku. Historia wojny pomiędzy Autobotami i Decepticonami została powołana do życia na zamówienie firmy zabawkarskiej i miała na celu zwiększenie sprzedaży figurek robotów zmieniających się w pojazdy. Z kolei pięć części serii w reżyserii Michaela Baya to synonim tandetnego kina komercyjnego, gdzie historię zastępuje patetyzm, a w scenach walki przerysowany efekt specjalny, efekt specjalny efektem specjalnym pogania. Dla wielu widzów Transformersy są więc czystą komercją, której zadaniem jest przede wszystkim zarabiać pieniądze. Ten aspekt nie wpłynął jednak negatywnie na miliony fanów Autobotów na całym świecie, którzy od dawna czekali na dobry film opowiadający o tej niezwykłej rasie kosmitów. Mimo że kolejne produkcja Baya zbierały coraz gorsze recenzje, miłośnicy "Transformers" mieli nadzieję, że za jakiś czas zobaczą w końcu przyzwoitą adaptację wojny o planetę Cybetron. Czy "Bumblebee" się to udało?

Kiedy ogłoszono prace nad spin-offem "Transformers" fani mieli mieszane uczucia. Po kiepskim przyjęciu filmu "Transformers: Ostatni Rycerz" z 2017 roku większość widzów miała nadzieję, że wytwórnia Paramount Pictures zrebootuje serię, albo sprzeda ją innej firmie. Tak się jednak nie stało i pod koniec roku 2018 światło dzienne ujrzał spin-off, który jest jednocześnie prequelem, opowiadający o żółtym Autobocie imieniem Bubmlebee. Akcja dzieje się w 1987 roku. Główną bohaterką, poza tytułowym robotem oczywiście, jest 18-letnia Charlie - nastolatka, która po śmierci ojca nie umie odnaleźć się w zwyczajnej rzeczywistości. Wszystko zmienia się, kiedy w jej życiu pojawia się żółty uroczy robot z innej planety, zamieniający się w Volkswagena Garbusa. Oczywiście wkrótce na trop obcego wpada zarówno amerykańskie wojsko oraz wrogie Decepticony. Na szali stanie nie tylko przyjaźń Charlie i Bumblebee, ale również losy świata.

Bumblebee

Fabuła nie bez powodu rozgrywa się w latach 80. XX wieku. Twórcy postanowili zerwać z tandetną estetyką poprzednich produkcji i powrócić do klasyki - w tym przypadku dość szeroko rozumianej. Klasyczny jest nie tylko wygląd Autobotów i Decipticonów, które wreszcie przypominają swoje ikoniczne odpowiedniki ze sklepowych półek, komiksów i słynnego serialu animowanego, ale również konstrukcja całej opowieści. Chociaż historia nie jest zbyt skomplikowana - można wręcz powiedzieć przewidywalna, odnosi się do klasyki amerykańskiego kina rozrywkowego z przedostatniej dekady minionego stulecia, którą w Polsce nazwano Kinem Nowej Przygody.

Pojawiają się nerdowate dzieciaki z przedmieść żyjące w zwyczajnej rodzinie, tajemniczy przybysz o wielkiej mocy odmieniający ich życie, zapracowani rodzice, początkowo nie wierzący swoim pociechom, ale finalnie decydują się im pomóc, naukowcy, którzy najchętniej każdą nieznaną formę życia zamknęliby w swoich laboratoriach i rozłożyli na czynniki pierwsze oraz cała masa innych rzeczy, sprawiających, że lata 80. traktują z nostalgią nawet osoby, urodzone wiele lat później. Te elementy znajdują się w "Bumblebee" i dzięki nim film staje się idealnym połączeniem najlepszych cech lat 80. i współczesnego kina rozrywkowego. Nie ma się co dziwić, w końcu producentem wykonawczym był sam Steven Spielberg - jeden z najważniejszych twórców Kina Nowej Przygody.

Nie można jednak przesłonić osobą Spielberga dobrej roboty reżysera Travisa Knighta i scenarzystki Christiny Hodson. Film ma w końcu jakąś fabułę i dość jasną konstrukcję z bardzo mocnym rozpoczęciem, dość spokojnym środkiem i narastającą kulminacją, będącą lustrzanym odbiciem początku. Oczywiście produkcja nie zaskakuje praktycznie niczym, jest naiwna, i bajkowa, ale nie oszukujmy się. "Bumblebee" nie powstał, żeby zdobyć Złotą Palmę w Cannes. Ma pełnić bardzo ważną funkcję kina komercyjnego - dostarczać rozrywki. I udaje mu się to znakomicie. Zarówno w udanych scenach akcji, bardzo dobrze wykonanych efektach specjalnych, nienachalnych żartach i w może już wyświechtanym, ale wciąż sprawdzającym się morale.

Klimat lat 80. budują również odniesienia do popkultury tego okresu. Najwidoczniejsze są w muzyce, pojawiającej się w filmie (między innymi zespół The Smiths, czy Sammy Hagar), ale gdzieniegdzie można dostrzec również nawiązania do filmów ("Coś" Johna Carpentera) i seriali ("Policjanci z Miami") z tamtych lat. Na uwagę zasługują również aktorzy, biorący udział w "Bumblebee". W filmie Knighta nie ma może nazwisk z najwyższej półki, ale w swoich rolach sprawdzili się zarówno Hailee Steinfeld w roli Charlie, John Cena jako przerysowany wojskowy czy Pamela Adlon, która zagrała matkę głównej bohaterki.

Bumblebee

Produkcja jest oczywiście osadzona w całej serii rozpoczętej 11 lat temu. Pojawiają się więc liczne odniesienia do poprzednich produkcji z Transformersami w rolach głównych. Dowiadujemy się, jak Bulbmebee trafił na Ziemię i czemu, zamiast mówić jak jego pobratymcy, posługuje się dziwnymi dźwiękami i radiem samochodowym. "Bumblebee" nie odkrywa Ameryki, ale to solidny kawał dobrego kina przygodowego, który powinien spodobać się zarówno osobom wychowanym na "E.T.", "Parku Jurajskiego" czy "Gwiezdnych Wojen" jak i młodszym widzom, kojarzącym Transformersy jedynie z produkcji reżyserowanych przez Michaela Baya.

Ocena: 7/10

Tagi: #Bumblebee #Michael Bay #Recenzje #Steven Spielberg #Transformers