06.01.2016 20:19

Creed: Narodziny legendy

Gong wybrzmiał po raz siódmy, jednak w filmowym ringu nie stoi już Sylvester Stallone, który tym razem nie jest ani scenarzystą ani reżyserem dzieła, a Ryan Coogler. Czy stoczona przez twórcę walka w „Creed: Narodziny legendy” zakończyła się dla niego zwycięstwem?

Creed: Narodziny legendy
foto: materiały prasowe

W drugim obrazie w karierze młodego twórcy głównym motywem jest zmierzenie się z dziedzictwem legendy oraz chęć zbudowania własnej marki i umocnienie swojego nazwiska przez Adonisa, syna tragicznie zmarłego mistrza ringu Apollo Creeda. Z podobnym problemem musiał się zmierzyć Ryan Coogler na stołku reżysera. Dostał w swoje ręce kultową markę sygnowaną przez Włoskiego Ogiera, której pierwsza odsłona ukazała się jeszcze w latach 70. Jak tu zrobić tak, aby oddać szacunek oryginałowi, a jednocześnie zaproponować coś świeżego i wyróżniającego się?

Twórca poszedł nieco na łatwiznę czyniąc ze spin-offu „Rocky’ego” film, który jawi się bez mała jako remake. Przez co jego dzieło nie jest zaskakującym sierpowym powalającym na deski, a raczej serią znanych ciosów. Te, choć przewidywalne i niestanowiące niespodzianki, są jednak efektowne.

Biografia Adonisa to te same kroki, którymi podążał rywal, a następnie kumpel jego ojca. Różnica polega na tym, że Rocky wywodził ze społecznych nizin i musiał walczyć nie tylko w podrzędnych klubach, ale i o zapewnienie sobie podstawowych warunków do życia na szarych ulicach Filadelfii. Donnie zaś, co prawda część młodych lat spędza w poprawczaku, jednak za sprawą żony Apolla, która sprowadza nieślubne dziecko swojego męża na właściwy tor, udaje mu się wieść dostatni żywot chodząc do pracy pod krawatem. Chłopak woli jednak czuć przypływ adrenaliny w ringu. Stawia więc wszystko na jedną kartę – porzuca dotychczasowy styl życia i rusza na odnalezienie Rocky’ego, którego jako jedynego widzi w roli trenera.

Donnie podobnie jak Balboa przechodzi drogę od nic nieznaczącego zawodnika do sportowca z pierwszych stron gazet. Z obijającego gęby pięściarza na zatęchłych salach awansuje na wybrańca losu, który dostaje wielką szansę. Emerytowany bokser szkoli tymi samymi metodami, którym i on lata temu był poddawany. Zatem Adonis, tak jak niegdyś jego mentor, goni kurczaki i powolnymi krokami dochodzi w klubie sportowym do poziomu profesjonalisty. Sukces i zdobycie szacunku ludzi ulicy celebruje nie wbiegnięciem po schodach przed Muzeum Sztuki Współczesnej w Filadelfii tak jak Włoski Ogier, a sprintem ulicami miasta. Różnic w stosunku do pierwowzoru nie ma tu aż tak dużo, a część scen jak i relacji łączących bohaterów zostało wręcz przeniesionych w skali 1:1.

Coogler na szczęście unika nadmiernego popadania w pastisz tworząc dobrze skrojony dramat sportowy pozbawiony jednak tego samego społecznego ciężaru i umocowania w rzeczywistości co pierwowzór. Energia za to kipi od samych sekwencji walk, jak i kreacji aktorskich. Michael B. Jordan i Stallone tworzą duet, pomiędzy którym wytwarza się chemia porównywalną z tą łączącą Rocky’ego i jego trenera Mickeya. Choć to Jordan gra w filmie pierwsze skrzypce, to przyćmiewa go Sly. Stallone przywołuje swoją dawną kreację, a jednocześnie tworzy ją na nowo pokazując starego mistrza, dla którego dawne triumfy to już tylko stare plakaty na ścianach w szatni siłowni, a ci będący w życiu prawdziwą wartością udali się już na wieczny spoczynek. Postać nie straciła swojego dawnego luzu objawiającego się w rozbujanym chodzie i podrzucaniu piłeczki – Rocky pozostał ten sam pomimo niezabliźnionych ran w życiorysie.

„Creed: Narodziny legendy” to film pełen sentymentalizmu, ale nie brak mu siły. Jak Ryan Coogler poradził sobie w pojedynku z oryginałem i próbą zbudowania własnego mitu? To symboliczne starcie można porównać do walki jaką Rocky odbył z Apollo Creedem w „jedynce” – legenda nie została pokonana, ale szacunek i uznanie udało mu się zdobyć.

Ocena: 3/5

Robert Skowronski
Tagi: Recenzje Creed: Narodziny legendy