08.02.2018 14:47

„Czarna Pantera”, reż. Ryan Coogler [RECENZJA]

„Black Panther” przez wielu został okrzykniętym najodważniejszym filmem Marvela, który zrewolucjonizował kino superbohaterskie. Czy T'Challa rzeczywiście pokazał pazury?

„Czarna Pantera”, reż. Ryan Coogler [RECENZJA]
foto: materiały prasowe

Nowy rok, nowy film Marvela i w zasadzie nowy superbohater, bo do tej pory pojawił się dosłownie tylko w kilku scenach w filmie „Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów”. Mowa oczywiście o produkcji zatytułowanej „Black Panther” - czyli pierwszej propozycji od Marvel Studios, w której jako główna postać występuje czarnoskóry bohater. Fabuła nie jest skomplikowana. Po śmierci swojego ojca T'Chaki (John Kani) władzę nad ukrytym przed światem afrykańskim państwem Wakandą obejmuje T'Challa (Chadwick Boseman). Tym samym przejmuje tytuł Black Pantera - obrońcy kraju. Na horyzoncie pojawia się jednak wróg - Erik Killmonger (Michael B. Jordan), współpracujący z Ulyssesem Klauem (Andy Serkis). 

Black Panther kontra Killmonger

Black Panther i Killmonger

Za reżyserię odpowiedzialny jest młody filmowiec Ryan Coogler, znany z takich tytułów jak „Creed”, czy „Stacja Fruitvale”. Nową propozycję od Marvel Studios można podzielić na dwie części. Pierwsza połowa przypomina film sensacyjny z elementami szpiegowskimi, więc doniesienia o podobieństwach do Jamesa Bonda nie są na wyrost. Niezbyt zwiła intryga zmienia się diametralnie, kiedy poznajemy prawdę o Killmongerze. Wtedy pojawiają się wątki szekspirowskie, a całość nabiera trochę... disneyowskiego charakteru. I w tym wypadku jest to niestety zarzut. Początkowo ciekawie zarysowany czarny charakter, w połowie filmu staje się dwuwymiarowy. Szkoda, bo to zmarnowany potencjał na dobrego przeciwnika, który tak naprawdę czyni zło, dla dobra uciśnionych.

Konflikt między Black Pantherem i Killmongerem można porównać do różnic światopoglądowych Martina Luthera Kinga i Malcolma X. Zresztą na wydarzeniach społecznopolitycznych z lat 60. bazował Stan Lee, tworząc komiksy Marvela, więc w pewnym sensie można uznać to za hołd złożony twórcy, który tradycyjnie występuje w filmie jako gość specjalny. Pojawia się też wiele komentarzy, które z łatwością można odnieść do obecnej sytuacji panującej na świecie. To już kolejny film Marvela, w którym występują tego typu wątki. Nie wiem, czy to szczere zagranie, zwykły populizm, czy cyniczne wykorzystywanie poprawności politycznej, ale póki służy popularyzowaniu humanistycznego i otwartego podejścia do innych ludzi, kultur i poglądów, ma moje poparcie.

„Black Panther” - czyli nie tylko Chadwick Boseman

Black Panther

Chociaż tytuł sugeruje, że główną postacią jest superheros w kostiumie czarnej pantery, tak naprawdę można zauważyć, że produkcja Marvela odnosi się do tradycji przedstawiania bohatera zbiorowego. Pojawiają się pytania, dotyczące jak w dzisiejszych czasach powinien funkcjonować naród, oraz czy tradycja może iść w parze z nowoczesnością. Ważnym elementem są też kobiety, które w filmie Cooglera są wyjątkowo silne, niezależne i stanowią wsparcie nowego króla Wakandy. Zarówno matka (Angela Bassett), jego siostra Shuri (Letitia Wright), ukochana Nakia (Lupita Nyong'o), jak i przywódczyni osobistej straży króla Okoye (Danai Gurira), wpisują się w ten typ bohaterki, ostatnio niezwykle popularny w kinie komercyjnym.

Aktorsko nie jest źle, ale to raczej przeciętne kreacje, typowe dla tego rodzaju filmów. Na uznanie zasługują bardziej postacie drugoplanowe: M'Baku (Winston Duke), Shuri, agent Everett Ross (Martin Freeman) oraz przede wszystkim Kalue. Serkis pokazał, że oprócz genialnej roboty przy bohaterach generowanych komputerowo za pomocą techniki motion capture, sprawdza się również bardzo dobrze w tradycyjnym aktorstwie. Natomiast Forest Whittaker, grający Zuriego, który jest chyba najgłośniejszym nazwiskiem obsady, ginie na tle innych aktorów. 

Oczywiście nie mogło zabraknąć scen walk, pościgów, wybuchów i cudów technologicznych Wakandy, czyli w skrócie mówiąc efektów specjalnych. W filmach o superbohaterach pełnią ważną rolę, ale dobrze, kiedy są jedynie dodatkiem do całości i nie dominują. Tutaj tak na szczęście jest. Strona wizualna stoi na wysokim poziomie, szczególnie jeśli chodzi o projekty architektury i strojów fikcyjnego afrykańskiego państwa. Bardzo sprawnie połączono elementy kultur plemiennych z zaawansowaną technologią. Nie zabrakło też wielu odniesień do komiksów Marvela. Wierni fani Domu Pomysłów na każdym kroku odnajdą mniejsze lub większe Easter eggi, nawiązujące do klasycznych numerów z lat 60. i 70., jak i całkiem świeżych serii. Czasem są to drobne elementy garderoby, innym razem całe wątki fabularne. 

Podsumowując, „Black Panther” wbija się lekko ponad przeciętność filmów od Marvel Studios, ale nie jest wybitnym dziełem. Być może Coogler rozkręci się w kolejnej części i pokaże widzom, na co stać tego bohatera. Nie jest źle, chociaż mogło być lepiej. Co prawda w Stanach Zjednoczonych, mimo że do premiery zostało jeszcze trochę czasu, już ciężko o bilet do kina, ale wynika to z faktu, że Afroamerykanie w końcu dostali herosa, z którym mogą się utożsamić. Czy u nas Black Panther ma szansę przebić wyniki wcześniejszych filmów Marvela? Przekonamy się niebawem. Film trafi do naszych kin 14 lutego 2018 roku. Nie rozstaniemy się jednak z bohaterem na długo, bo ponownie zobaczymy go w 3. części „Avengers”, (zostańcie do samego końca napisów!), którą zobaczymy już 25 kwietnia 2018 roku. 

Ocena: 7/10

Sergiusz Kurczuk
Tagi: #Black Panther #Marvel #Marvel Comics #Recenzje