04.06.2018 18:29

„Dziedzictwo. Hereditary” reż. Ari Aster [RECENZJA]

Film „Dziedzictwo. Hereditary” został okrzyknięty najstraszniejszym horrorem od czasów „Egzorcysty”. Czy nowa produkcja Ariego Astera rzeczywiście jest tak przerażająca?

„Dziedzictwo. Hereditary” reż. Ari Aster [RECENZJA]
foto: kadr z filmu Dziedzictwo. Hereditary

W roku 2017 rozpoczęła się dobra passa dla kina grozy. Najpierw premiera laureata tegorocznych Oscarów, czyli filmu „Uciekaj!”, potem kasowa ekranizacja książki Stephena Kinga pod tytułem „To”. W roku 2018 filmowcy nie zwalniali tempa i zaprezentowano produkcję z pogranicza gatunków, całymi garściami czerpiącą z horrorów pod tytułem „Thelma”, a na jesieni ukaże się remake słynnej „Suspirii” i kontynuacja serii „Halloween”. Kiedy na Sundance Film Festival zaprezentowano „Dziedzictwo. Hereditary”, najnowsze dzieło Ariego Astera z miejsca nazwano najstraszniejszym horrorem ostatnich lat. Film miał więc należeć do grona powyższych tytułów. Czy mu się to udało?

Głównymi bohaterami są członkowie rodziny Grahamów. Annie (Toni Collette) i Steve (Gabriel Byrne) wychowują dwójkę dzieci - prawie dorosłego Petera (Alex Wolff) i żyjącą w swoim świecie 13-letnią Charlie (Milly Shapiro). Czwórka mieszka pięknym domu na skraju lasu i wydaje się zwyczajną amerykańską familią. Akcja rozpoczyna się od pogrzebu nestorki rodu - Ellen matki Annie. Śmierć babci okazuje się jednak niczym, w porównaniu z tym, co dzieje się później. Członkowie rodziny, a szczególnie Annie zostają wystawieni na próbę. Okazuje się, że bardzo trudno pozbyć się tytułowego dziedzictwa rodziny. 

Dziedzictwo. Hereditary

Film Astera można podzielić na dwie wyraźne części. Mniej więcej połowa to klasyczny dramat. Widzimy rozpad rodziny spowodowany stratą najbliższych. Annie i Steve oddalają się od siebie z dnia na dzień, co odbija się na ich synu. Poznajemy też mroczną przeszłość Ellen, jej męża i brata Annie. Możemy zaobserwować konflikt, który nigdy nie został nazwany po imieniu i siedział pod powierzchnią, czekając na dogodny moment. Nagle z dramatu gwałtownie przeskakujemy w typowy horror o opętaniu. Niestety porównania do „Egzorcysty” są tu na wyrost, przede wszystkim w kwestiach formalnych. Słynny film Williama Friedkina poruszał też zupełnie inne kwestie. Niestety „Dziedzictwo. Hereditary” nie jest też tak przełomowe, jak „Egzorcysta”, a już na pewno nie przeraża tak jak horror z 1973 roku. 

Ale czy „Dziedzictwo. Hereditary” jest w ogóle straszne? Jeśli widzowie liczą na jump scar'y rodem z „Paranormal Activity” to się zawiodą. Groza jest w tym filmie budowana za pomocą sugestywnej muzyki, dość umiejętnej narracji i przede wszystkim sfery wizualnej. Na uwagę zasługują nie tylko zdjęcia, ale również pomysły operatorskie, takie jak nagłe przejście nocy w dzień, czy początek, w którym w ciekawy sposób wykorzystano budowane przez główną bohaterkę miniatury pomieszczeń. Na szczęście zrezygnowano z tandetnych efektów specjalnych, chociaż generowane komputerowo triki też się pojawiają. Nie są jednak efekciarskie, a jedynie potęgują atmosferę budowaną przez wyżej wymienione czynniki. Niepokojący klimat jest więc tworzony głównie w wyobraźni widza za pomocą odpowiednich narzędzi, bo na ekranie przez większą część filmu tak naprawdę nie wiele się dzieje. 

Dziedzictwo. Hereditary

Aktorsko jest przyzwoicie. Toni Collette dała sobie znakomicie radę jako matka powoli popadająca w obłęd. Dobrze też spisał się Gabriel Byrne w roli zdystansowanego, ale zaangażowanego w życie rodzinne ojca. Na uwagę zasługują też młodzi aktorzy wcielający się w dzieci Grahamów, szczególnie Milly Shapiro. W epizodycznej, ale ważnej dla akcji roli wystąpiła też znana wszystkim widzom „Opowieści podręcznej” Ann Dowd. 

Problem tkwi jednak w tym, że miłośnik horrorów może się domyślić, jak potoczy się fabuła już w połowie filmu. Co prawda pojawia się jeden nieoczekiwany zwrot akcji, ale ogólnie historia jest dość przewidywalna. „Dziedzictwo. Hereditary” ma też problem z nadmierną dosłownością, szczególnie w finale filmu. Czasem pozostawienie pewnych wątków w niedopowiedzeniu jest o wiele lepszym pomysłem niż wyłożenie wszystkiego na tacy. Końcowa część filmu momentami nieco może się też dłużyć.  

Ogólnie rzecz biorąc, nie taki diabeł straszny, jak go malują. Zachwyty po festiwalowej premierze i wysokie noty na Rotten Tomatoes mogą zdziwić po obejrzeniu filmu Astera. Jest to lekko wybijające się ponad przeciętność kino grozy, które poza dostarczaniem czystej rozrywki, stara się pokazać bardziej uniwersalny problem. Być może gdyby nie peany na cześć „Dziedzictwa. Hereditary” ocena byłby wyższa, ale jak widać, nawet dobry w swoich założeniach PR może czasami bardziej zaszkodzić niż pomóc.

Ocena: 6,5/10

Sergiusz Kurczuk