07.06.2019 17:06

"Godzilla: King of the Monsters", reż. Michael Dougherty [RECENZJA]

Już 14 czerwca 2019 roku na ekranach kin pojawi się film "Godzilla: King of the Monsters". Czy nowa produkcja o gigantycznym potworze zasługuje na miano "królewskiego"?

Godzilla: King of the Monsters
foto: kadr z filmu

W czasach, gdy Hollywood jest zdominowane przez filmowe uniwersa wydaje się, że każde studio chce ukroić dla siebie jak największy kawałek tego tortu. Marvel Studios ma swoje MCU, DC powoli staje na nogi wraz z "DCEU" (o ile wciąż możemy tak nazywać filmy spod tego szyldu), a Warner Bros. próbuje stworzyć "Obecność-verse", a także "Monster-verse". W związku z tym w 2014 roku otrzymaliśmy bardzo przyzwoitą "Godzillę", trzy lata później "Konga" z gwiazdorską obsadą, a teraz mamy okazję zobaczyć rywalizację o miano "Króla potworów" w filmie "Godzilla: King of the Monsters". 

Głównymi bohaterami filmu są Godzilla i Gidorah, natomiast Ken Watanabe (aktor wciela się doktora Serizawę, który posiada niesamowitą umiejętność wywoływania we mnie dziecięcego uśmiechu za każdym razem, gdy dramatycznie wypowiada słowo "Gojira"), Mothra i Rodan są postaciami drugoplanowymi. W "Godzilli: King of the Monsters" pojawiają się jeszcze jacyś ludzie, którzy chyba mają nawet imiona, ale szczerze mówiąc ciężko o nich cokolwiek powiedzieć - sami twórcy traktują ich jak narzędzia służące jedynie do opowiadania fabuły i podejmowania bardzo głupich decyzji, więc szkoda marnować czas na tłumaczenie, kto jest kim. I tak nie będą was oni obchodzili. 

Dlatego przejdźmy do głównego powodu, dla którego ktoś może pójść do kina na film o tytule "Godzilla: King of the Monsters", czyli potworów. A te są absolutnie wspaniałe - Mothra jest majestatyczna i godna tytułu "Królowej potworów", Gidorah przeraża i fantastycznie łączy w sobie cechy wielu niebezpiecznych gadów, które nagle dostałyby możliwość latania i strzelania promieniami elektrycznymi, Rodan sprawdza się świetnie jako cwany stwór, który zawsze ląduje na czterech łapach (czy też w jego przypadku na łapach i skrzydłach), a Godzilla... Cóż, można ze stuprocentowym przekonaniem napisać, że twórcy nie pomylili się w tytule - Godzilla jest i zawsze będzie prawdziwym Królem Potworów.

Foto: Wiese/FaceToFace/REPORTER
Foto: Wiese/FaceToFace/REPORTER
Przeczytaj także Czy w filmie "Godzilla: King of the Monsters" jest scena po napisach?

Twórcy nie tylko poprawili design tej postaci, przez co wygląda jeszcze bardziej królewsko, ale również przygotowali jej naprawdę dobrą historię, która jest mocno powiązana z innymi Tytanami. Nie będę wchodził w szczegóły fabularne (chociaż prawdę mówiąc raczej nikomu ich znajomość nie zepsułaby seansu), ale Godzilla jest definitywnie najlepszym bohaterem filmu Michaela Dougherty'ego. Na pochwały zasługują również efekty specjalne i pojedynki między potworami, które twórcy niestety niemalże aktywnie próbują psuć obecnością ludzi. Osoba, która pomyślała, że ktokolwiek będzie wolał patrzeć na Millie Bobby Brown (Jedenastka ze "Stranger Things"), gdy Godzilla walczy z Gidorah była w błędzie. Ogromnym błędzie. 

I tak możemy opisać niemalże cały film "Godzilla: King of the Monsters" - twórcy starają się odwrócić naszą uwagę od wspaniałych pojedynków między Tytanami za pomocą postaci ludzkich, których imion nie pamiętamy już w trakcie seansu, a tym bardziej po wyjściu z kina. To właśnie ten element jest najgorszą częścią produkcji Dougherty'ego, która oprócz tego jest naprawdę dobra. Film jest prześliczny wizualnie, przepełniony nawiązaniami do szerokiej mitologii znanej z japońskich oryginałów i wspomnianego wcześniej "Konga", a ścieżka dźwiękowa Beara McCreary'ego jest absolutnie fantastyczna. Kompozytor soundtracku do zeszłorocznej gry "God of War" przygotował bowiem utwory, które aktualizują motywy wszystkich monstrów znane z pierwowzorów, a przy okazji brzmią świeżo i majestatycznie, idealnie dopasowując się do tego, co widzimy na ekranie.

Te wszystkie czynniki sprawiają, że ocenienie "Godzilli: King of the Monsters" jest bardzo trudnym zadaniem - z jednej strony bowiem mamy świetnie zrealizowane sceny z Tytanami, które dodatkowo są okraszone wspaniałą muzyką, a z drugiej twórcy przynudzają nas fragmentami z ludźmi, którzy nie dość, że nas nie obchodzą, to są dodatkowo nudni i zachowują się idiotycznie. Kontynuacja przygód Godzilli momentami sięga niebios (niemalże dosłownie) tylko po to, by chwilę później zanurzyć się do najniższych głębin oceanów (właściwie też dosłownie).

Dlatego też ocena będzie w przypadku filmu "Godzilla: King of the Monsters" nietypowa - jako produkcja o potężnych potworach walczących o dominację na Ziemi film zasługuję na ocenę 10/10. Jednakże fabuła, dialogi i ogólnie scenariusz dotyczący bohaterów ludzkich to mocne 1/10. Więc jeśli arytmetycznie uśrednimy te noty i dodamy punkcik za to, że głównym bohaterem produkcji jest najwspanialszy potwór w historii nie tylko kinematografii, ale ogólnie ludzkości, to otrzymamy...

Ocena: 6/10

Tagi: #Godzilla: King of Monsters #Recenzje