15.04.2016 15:34

High-Rise

Ben Wheatley chyba już przyzwyczaił się do tego, że jego twórczość określa się jako co najmniej oryginalną. Tym razem zaprasza nas do 40-piętrowego molocha, który odsłania prawdę o istocie ludzkiej natury.

High-Rise
foto: materiały prasowe

J.G. Ballard w swoich książkach udowadniał, że człowiek pomimo korzystania z nowych technologii czy eleganckiego ubioru, tak naprawdę pozostał dzikim. Pisarz przekonywał, że pomimo próby okiełznania swojej natury nieustannie obnażamy drzemiącą w nas pierwotność. Podobną wizję mogliśmy oglądać w dystopijnej „Mechanicznej pomarańczy” Stanleya Kubricka, a teraz w dziele Bena Wheatleya, które oparte zostało na powieści „Wieżowiec”, autorstwa Ballarda. Do tej pory uważano, że nie jest możliwe przeniesienie jej na język kina. Wizjonerska koncepcja przemówiła wreszcie głosem X Muzy.

Stal, beton, szkło, designerski wygląd wnętrz i monumentalizm. Olbrzym wyrastający z powierzchni ziemi wysoko w górę pokrywający okolicę swoim złowrogim cieniem. Zamieszkuje go m.in. dr Robert Laing (Tom Hiddleston), nasz przewodnik po filmowym świecie. To jeden z wielu osiadłych w samowystarczalnym kolosie, w którym znajduje się hipermarket, baseny i inne miejsca usługowe oraz rekreacyjne. Wysokościowiec odwzorowuje hierarchiczność – przechodząc on najniższych pięter w górę będziemy mijać kolejne klasy społeczne. Sam szczyt z eleganckim apartamentem zajmuje architekt, Anthony Royal (Jeremy Irons). Wszyscy żyją w harmonii i ładzie w swoich własnych plemionach. Ciąg zupełnie przypadkowych i pozornie nieistotnych zdarzeń doprowadzi do załamania systemu, nastania podziałów i wybuchu rebelii w wieżowcu. Człowiek raz jeszcze ukaże zakorzenione w nim prymitywność i dziki instynkt przetrwania. Tak wygląda prawo 40-piętrowej dżungli.

„High-Rise” jest z pewnością przełomowym obrazem w filmografii Wheatleya. To pierwsza ekranizacja w jego karierze oraz pierwszy projekt, przy którym miał na tyle wysoki budżet, że mógł sobie pozwolić na zaangażowanie gwiazd i przedstawienie pełni swojej autorskiej wizji. Autorskiej, bo choć to adaptacja powieści, to reżyser nie trzyma się kurczowo materiału źródłowego. Twórca przedstawił hipnotyzujący wizualnie obraz, w którym perwersja, dantejskie i dionizyjskie sceny oraz surrealizm zatopione są w estetyce lat 70. XX wieku, czyli wtedy kiedy książka Ballarda ujrzała światło dzienne. Wiszącemu w powietrzu wybuchowi anarchii towarzyszy powracające ostrzegawcze „S.O.S” z repertuaru Abby w melancholijnej aranżacji Portishead. Jednak architektoniczny cud w końcu i tak zamieni się w designerski grobowiec.

Uniwersalny w swoim nihilistycznym przesłaniu „High-Rise” przypomina o wpisanych w ludzką naturę złu i agresji. Reżyser już wcześniej opowiadał o postaciach odpychających i budzących wstręt. Jednak do tej pory chyba jeszcze nie udało mu się stworzyć tak estetycznie oszałamiającej, wysublimowanej historii, która żongluje gatunkami i intensyfikuje przeżycia widza. Szaleństwo, chaos i zezwierzęcenie, satyra w niekonwencjonalnej formie, po prostu istna ekranowa orgia – taki jest właśnie „High-Rise”.

Ocena: 4,5/5

Robert Skowronski
Tagi: #High-Rise #Recenzje