29.07.2016 10:08

Jason Bourne

Film rozpoczyna scena, w której Jason Bourne jednym celnym uderzeniem w szczękę powala na ziemię zbudowanego z kupy mięśni przeciwnika. Czy to zapowiedź tego, że cały obraz będzie stanowił równie mocny cios? Zdecydowanie tak.

Jason Bourne
foto: materiały prasowe

Nim jednak odbędzie się nielegalna walka, którym teraz oddaje się Jason Bourne, jesteśmy świadkami szybkiej retrospekcji przywołującej wydarzenia z poprzednich części serii. Obraz jest zamazany, jakby za mgłą. Wspomnienie dawnych czasów, było i minęło, choć odcisnęło swoje piętno, jednak przeszłość szybko upomni się o głównego bohatera.

Po niemal dekadzie Matt Damon zdecydował się powrócić do roli tajnego agenta CIA, choć obiecywał, że już nie wejdzie w buty Jasona Bourne'a - chyba że reżyserią zajmie się Paul Greengrass odpowiedzialny za 2. i 3. odsłonę cyklu. Cóż słowo się rzekło, a skoro za kamerą stanął twórca „Kapitana Phillipsa”, to Damonowi nie pozostało nic innego, jak wystąpienie w kolejnej części.

Powróciła drużyna marzeń stojąca za projektem, a wraz z nią wysoka forma prezentowanego przez nich kina akcji. Praktycznie od pierwszych minut kolejne wydarzenia pompują do żył widza niebezpieczną dawkę adrenaliny. Szykujcie się na mieszankę pościgów, samochodowych karamboli, krwi tryskającej na ściany w wyniku zderzenia ciężkich jak kowalskie młoty pięści bohatera z twarzami oponentów, a także zapach dymu wydobywającego się z ciepłych luf pistoletów. Szkoda tylko, że wszystko spaja scenariusz napisany jakby na kolanie.

Wątła, powielające schematy fabuła jest co prawda w pełni logiczna, ale pozbawiona ikry i wyrazistości. Stanowi tylko mało angażujące tło dla maestrii Greengrassa w realizacji scen akcji. Jason Bourne poznał już swoją tożsamość i nie chce mieć nic wspólnego z agencją, której stanowił niegdyś część. Bohater żyje w zawieszeniu między poszukiwaniem spokoju i stabilizacji, a dostarczaniem sobie dawnych wrażeń poprzez nielegalne walki pięściarskie. Dogasający w nim żar odżywa wraz z pojawieniem się Nicky Parsons, która przekazuje bohaterowi informacje, które ponownie zaprowadzą go na wojenną ścieżkę z agencją. Całość została doprawiona przewijającymi się w tle problemami współczesnego świata - widzimy zamieszki na ulicach Aten, a nazwisko Edwarda Snowdena powraca jak mantra zwracając uwagę na kwestię kontroli i ochrony poufnych danych.

Choć „Jason Bourne” nie jest szczytem scenopisarskich ambicji, to pod względem scen rozwałki i pościgów Paul Greengrass nie ma sobie nic do zarzucenia. Z paradokumentalnym zacięciem twórcy i szybkim montażem mamy wrażenie znajdowania się w samym środku tego karnawału szybkości i zniszczenia. Niemal na własnej skórze odczuwamy impet wgniatający w fotel przy braniu ostrych zakrętów, dźwięk wgniatanej karoserii, trzask pękających szyb czy świst kul. Brak stosowania przez bohatera wymyślnych gadżetów niczym z serii o Jamesie Bondzie oraz ograniczenie efektów komputerowych do minimum sprawiają, że oglądane sekwencje przyprawiają o szybsze bicie serca.

Mistrzowskie są sceny akcji, ale sami aktorzy już nie do końca spisują się na medal. Drugi plan tworzony przez Alicię Vikander, Vincenta Cassela i Tommy'ego Lee Jonesa nie wychyla się ponad wymagane minimum. Nawet Matt Damon ze swoją grą wydaje się być „przygaszony”. Oddaje to stan, w jakim znajduje się jego postać, ale zaledwie kilka wyrazów twarzy i niewiele więcej słów padających z ust aktora zdają się być poniżej jego poziomu. Niemniej nie zaprzecza to faktowi, że Jason Bourne powrócił serwując nam silne uderzenie. Mamy się z czego cieszyć, jednak otwarte zakończenie filmu przynosi raczej niepokój o sens dalszego kontynuowania serii i obawę o jej reputację.

Ocena: 3,5/5

Robert Skowronski
Tagi: #Jason Bourne #Recenzje