10.03.2018 19:14

„Jessica Jones” - 2. sezon [RECENZJA]

Marvel i Netflix kontynuują swoją owocną współpracę. Po zaskakująco udanym pierwszym sezonie, na ekrany telewizorów powraca Jessica Jones. Niestety, tym razem jej przygody nie są już tak bardzo wciągające. 

Krysten Ritter jako Jessica Jones
foto: kadr z wideo

Prywatna detektyw Jessica Jones powraca do swojej szarej codzienności, po tym, jak razem z Daredevilem, Lukiem Cagem i Iron Fistem rozprawiła się z szajką The Hand, która zagrażała całemu Nowemu Jorkowi. Na początku drugiego sezonu swojego solowego serialu, zastajemy ją pijaną i szukającą nowych, wartościowych klientów. Najlepiej takich, którzy mogą ją sowicie wynagrodzić za włożoną pracę. Niestety, na drodze Jessiki takie osoby pojawiają się raczej rzadko, więc kobieta głównie zajmuje się śledzeniem zdradzających mężów. 

W pewnym momencie, okazuje się, że jej najlepsza przyjaciółka/przybrana siostra Trish Walker ma kłopoty. Jest nieustannie śledzona. Do tego dochodzi problem z mężczyzną, który nazywa się Whizzer i twierdzi, że ma nadludzką szybkość. Jessica prędko odkrywa, że obydwie sprawy są połączone przez jej przeszłość, a konkretnie organizację IGH, która kilkanaście lat temu uratowała jej życie i obdarzyła ją mocami. Detektyw stara się dowiedzieć, o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi.

Chciałoby się rzec - jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Niestety, tym razem sprawa nie jest taka prosta i lwią część 2. sezonu „Jessiki Jones” spędzamy na podróży przez przeszłość tytułowej heroiny. Jak już upieramy się z tą częścią jej życia, powracamy do czasów współczesnych i spotykamy Jessicę, która stara się walczyć ze swoimi demonami. Niestety, krótko mówiąc i nie zdradzając zbyt wielu szczegółów fabularnych - nie jest ciekawie. 

Trish Walker w Jessice Jones

Co poszło nie tak w 2. sezonie „Jessiki Jones”?

Niektóre wątki zaczynają się interesująco, lecz z biegiem czasu dzieje się z nimi coś, co powoduje, że ich rezolucja jest rozczarowująca. Szczególnie odnosi się to do głównego wątku fabularnego 2. sezonu „Jessiki Jones” - poznajemy pewną postać z przeszłości kobiety, która okazuje się być jej bardzo bliska. Przez tę osobę, główna bohaterka zaczyna działać całkowicie wbrew temu, co o niej wiemy, jednocześnie odtrącając od siebie najbliższych, czyli wspomnianą Trish, a także Malcolma, który pomaga Jessice prowadzić jej biuro detektywistyczne. 

Problem z wątkiem głównym polega na tym, że scenarzyści bardzo chcieli, żeby zależało nam na tej tajemniczej postaci, ale nie skupili się na tym, żeby była na tyle ciekawa, byśmy chcieli poświęcać jej naszą uwagę. Poza tym, dużym problemem są także wątki, które zostają porzucone i ostatecznie nierozwiązane. Powoduje to, że oglądając zaczynamy się interesować pewną sprawą, tylko po to, żeby nagle twórcy odrzucili ją na bok i nigdy do niej nie wrócili. Po raz kolejny - rozczarowujące. 

W serialu ponownie pojawia się również Jeri Hogarth, prawniczka, która zatrudniała Jessicę w pierwszym sezonie, a następnie pomogła Danielowi Randowi (Iron Fistowi) odzyskać jego firmę. Ona również wpada w kłopoty, które choć interesujące, nie mają praktycznie żadnego wpływu na całokształt fabuły 2. sezonu „Jessiki Jones”. Jej historia jest świetnie zagrana i napisana, ale niestety, w ogólnym rozrachunku, jest tylko i wyłącznie zapchajdziurą, która ma służyć temu, by twórcy mogli wepchać 13 odcinków do sezonu, tak jak w każdym poprzednim solowym serialu o bohaterach Marvela. 

Jeri Hogarth w Jessice Jones

Czy warto oglądać 2. sezon „Jessiki Jones”?

Mimo, że na razie wymieniłem praktycznie same wady, to w gruncie rzeczy 2. sezon „Jessiki Jones” nie jest zły. Jest rozczarowujący. Fabuła, mimo tego, że bywa interesująca, jest na siłę przedłużana, a to nigdy nie wpływa dobrze na odbiór serialu. Postaci potrafią zmieniać swoje poglądy niczym chorągiewki na wietrze, a niektóre z nich są tylko i wyłącznie po to, żeby doprowadzać widzów do szału (patrzę na Ciebie, mamo Trishii).

Z drugiej strony - gra aktorska jest na wysokim poziomie (zwłaszcza wcielająca się w postać tytułową Krysten Ritter oraz Carrie-Anne Moss, która występuje w roli Hogarth), technicznie również nic nie zawodzi. Wizualnie jest bardzo dobrze. Ba, niektóre ujęcia przygotowane przez reżyserki drugiego sezonu można określić nawet słowem „śliczne”. Muzyka skomponowana na potrzeby serialu momentami potrafi dobrze zaakcentować emocje, które powinniśmy czuć podczas danych scen, ale jednocześnie nie jest na tyle dobra, żeby nucić ją potem w trakcie sprzątania. Ale do dobrej jakości wykonania, Netflix zdążył nas już przyzwyczaić, zatem nikogo nie powinno dziwić, że i tym razem jest świetnie.

Reasumując - 2. sezon „Jessiki Jones” nie jest zły. Jest rozczarowujący. Gdyby serię skrócić do 8 lub 9 odcinków i wyciąć z niej wszelkie niepotrzebne sceny i postaci, otrzymalibyśmy bardzo porządny dramat psychologiczny o postaci z supermocami. Ale tak się niestety nie stało. Czy warto obejrzeć? Owszem, ale tylko wtedy, gdy jesteśmy na bieżąco z innymi, lepszymi produkcjami. Dlatego też, 2. sezon „Jessiki Jones” nie otrzyma oceny złej. Otrzyma ocenę rozczarowującą.  

Ocena: 4/10

Kamil Kacperski
Tagi: #Jessica Jones #Recenzje