12.07.2016 08:52

Kamper

Wielkoekranowy debiut Łukasza Grzegorzka, który miał swoją premierę na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Karlowych Warach. Czy młody twórca wprowadził powiew świeżości do rodzimej kinematografii?

Kamper
foto: materiały prasowe

Kamper, to nie tylko trzydziestoletni mężczyzna grany przez Piotra Żurawskiego, którego szczęśliwe małżeństwo zostało wystawione na próbę i w jednej chwili obróciło się w ruinę. W terminologii graczy komputerowych lubujących się w strzelankach typu FPS, to również osoba nie przechodząca do czynnej walki na arenie, tylko kryjąca się w cieniu, aby oddać ten jeden celny strzał. Kamperzy to gracze gorszej kategorii, odbywający rozgrywkę na granicy pikselowej etyki, uznawani przez resztę za unikających właściwego starcia i tchórzy.

Film Grzegorzka rozpoczyna plansza, jak ze świata elektronicznej rozrywki. Kursor wskazuje na „start game” i tak zaczyna się historia o nich. O trzydziestolatkach, jak ja i ty, ale tym razem nie ma co pytać ojca i matki jakie się wtedy ma sny, gdyż to historia jak najbardziej współczesna. Bohaterowie są odbiciem nas samych, dojrzałych dzieci sąsiadów, czy naszych znajomych. Nikt nie powinien mieć problemu z utożsamieniem się z Kamperem czy Manią (Marta Nieradkiewicz) żyjących po ślubie w warszawskim mieszkaniu kupionym przez rodziców dziewczyny. On jest testerem gier, ona swoją pasją uczyniła kulinaria, niestety poczyniła w tym o jeden krok za daleko zdradzając swojego partnera ze starszym kucharzem-celebrytą znanym z telewizyjnego show (Jacek Braciak).

Tak zaczyna się dramat głównego bohatera, którego rzeczywistość została zachwiana. Pozostaje zatracenie się w braku pewności siebie, stan zawieszenia między byciem dzieciakiem a w pełni dojrzałym mężczyzną z reputacją i pewnym statusem społecznym, a także flirtowanie z atrakcyjną nauczycielką hiszpańskiego. To wszystko zastępuje zmierzenie się z zastaną rzeczywistością, potrzebę rozmowy oraz wzięcie odpowiedzialności za słowa i czyny, a dotyczy to obojga z rozpadającego się małżeństwa. Zostaje życiowe kampienie się.

Reżyser odmalował wiarygodny obraz dzisiejszych kompleksów młodych. Być może to dlatego, że doskonale zna to środowisko, w końcu to jego rówieśnicy. W obliczu tego boli nieco fakt, że twórca nie zdecydował się na większe pogłębienie psychologii bohaterów. Zdają się oni skrywać swoje emocje, myśli zachowują tylko dla siebie. Reżyser, choć całość filmu oparł na dość prostych rozwiązaniach formalnych, to w „Kamperze” znalazło się też miejsce na kilka scen, których nie jesteśmy zbyt często świadkami w polskim kinie. Wyróżnia się zwłaszcza sekwencja samotnego tańca głównego bohatera w pomieszczeniu skąpanym w neonowych barwach. Nicolas Winding Refn mógłby jej pozazdrościć Grzegorzkowi.

„Co jest ze mną nie tak?” to utwór jaki Pezet nagrał na potrzeby filmu. Jednocześnie jest to pytanie, które stawia sobie Kamper po dramacie swojego małżeństwa, jak i pewnie wielu z nas, którzy na koniec dnia patrzą na swoje życie. Jeżeli „kampenie się” to synonim krycia się w cieniu, to przy okazji tego dzieła co najmniej jedna osoba z niego wyszła – reżyser filmu.

Ocena: 4/5

Robert Skowronski
Tagi: Recenzje