25.09.2018 22:30

„Kler”, reż. Wojciech Smarzowski [RECENZJA]

„Kler” Wojciecha Smarzowskiego to jeden z najgłośniejszych polskich filmów ostatnich lat. Na szczęście, poza budzeniem kontrowersji, niesie też bardzo głęboki i istotny przekaz.

Arkadiusz Jakubik w filmie Kler
foto: Bartosz Mrozowski/KLER

Burza wokół „Kleru” rozpętała się na długo przed jego premierą, dając doskonały obraz podziału polskiego społeczeństwa. Antyklerykałowie biją brawo, że oto wreszcie ktoś dokopie gangsterom w sutannach. Przeciwnicy filmu biją na alarm, że Smarzowski bruka świętości i obraża wiernych Kościoła katolickiego. Tymczasem obydwie strony bardzo się mylą. I zrozumie to każdy mądry widz, który pozwoli sobie na chwilę refleksji w trakcie i po seansie najnowszego dzieła Wojciecha Smarzowskiego.

„Kler” - przekrój polskiego duchowieństwa

„Kler” to opowieść o przedstawicielach Kościoła katolickiego - od najwyższych hierarchów, po księży żyjących w małych wiejskich wspólnotach. Najważniejszy rangą jest tutaj wpływowy i cyniczny arcybiskup Mordowicz (Janusz Gajos). Do jego orszaku należy ksiądz Lisowski (Jacek Braciak), człowiek od brudnych interesów, którego marzeniem jest kariera w Rzymie. Przedstawicielami zupełnie innego świata - małych, lokalnych społeczności, w których trudno cokolwiek ukryć - są ksiądz Trybus (Robert Więckiewicz) i ksiądz Kukuła (Arkadiusz Jakubik). Pierwszy z nich ma problemy z alkoholem i słabość do swojej gospodyni, drugi - niepokojąco dużo czasu spędza z małymi chłopcami.

Głównych bohaterów filmu - Lisowskiego, Trybusa i Kukułę - poznajemy w momencie mocno zakrapianej imprezy. Mężczyźni urządzają podobne spotkanie co roku w związku z cudownym (jak twierdzą) ocaleniem z tragedii, które połączyło ich losy. Po wypiciu kilku(dziesięciu) głębszych, wygłupach, żartach i zabawach w zgadywanie biblijnych wersetów, każdy z nich rozjeżdża się w swoją stronę. Od tego momentu będziemy śledzić losy każdego z nich i poznawać ich trudne i nieoczywiste historie.

Przejmująca opowieść o człowieku i jego słabościach

Ten, kto określił film „Kler” jako „Drogówkę 2”, z pewnością przegapił „Drogówkę” albo nie widział jeszcze „Kleru”. Najnowszemu filmowi Smarzowskiego o wiele bliżej jest bowiem do poruszających bardzo istotne tematy dzieł, jak „Wołyń” czy „Róża”. Owszem, nie brakuje też scen rodem z „Domu złego” czy „Wesela”, jednak pojawiają się rzadko i tylko wtedy, kiedy gęsta atmosfera staje się nie do zniesienia i trzeba ją nieco rozluźnić.

„Kler” jest filmem poważnym i nieskończenie smutnym, bo pokazuje ludzi w pułapce własnych grzechów, pychy, chciwości, słabości i ambicji, którzy - nawet jeśli postanawiają wyrwać się z zaklętego kręgu - niewiele mogą zdziałać. Przede wszystkim widać to na przykładzie księdza Kukuły, który kiedy postanawia walczyć o sprawiedliwość, przegrywa z kretesem i sposób na wyzwolenie znajduje tylko w symbolicznym, autodestrukcyjnym geście. W tym filmie przegrywa zresztą każdy, kto ma śmiałość wytknąć potężnej instytucji, jaką jest Kościół katolicki, przymykanie oka na niewybaczalne zbrodnie.

Przyglądając się księdzu Kukule i dwóm pozostałym, głównym bohaterom, dziwi fakt, że ktokolwiek był w stanie nazwać ich jednowymiarowymi. Jest bowiem wręcz przeciwnie. Chyba w żadnym jeszcze filmie Smarzowskiego postaci nie były tak złożone i niepoddające się jednoznacznej ocenie. Najprostszą z nich, a zarazem budzącą największą sympatię, jest ksiądz Trybus. Jego grzeszki najłatwiej usprawiedliwić, jego potrzeby wydają się być zupełnie naturalne, a ostateczne decyzje - godne pochwały. Być może właśnie dlatego postać ta znalazła się w filmie - by pokazać księdza o (bardzo) ludzkiej twarzy. Jego historia nie wiąże się bowiem z losami pozostałych bohaterów.

Jeśli zaś chodzi o Kukułę i Lisowskiego - ich wątki od samego początku są ze sobą ściśle powiązane, jednak dowiadujemy się o tym bardzo późno. Jest to dodatkowy atut filmu - naprawdę udany element zaskoczenia. Podobne historie Kukuły i Lisowskiego to też najtrudniejszy do przełknięcia motyw w „Klerze”. Każdy z nich został okrutnie doświadczony przez los i każdy (nie)poradził sobie z tym na swój sposób.

Omawiając złożoność charateru każdego z bohaterów, nie sposób nie wspomnieć o doskonałym aktorstwie. Nie od dziś wiadomo, że Smarzowski ma wybitny talent do wyboru i prowadzenia swoich aktorów. Dlatego też każdy członek obsady fantastycznie spisuje się w swojej roli. Szczególny podziw należy się jednak Arkadiuszowi Jakubikowi, który za to, jak wcielił się w księdza Kukułę zasługuje na wszystkie nagrody świata - nie tylko statuetkę w Gdyni. To jego bohater przechodzi największą przemianę, z czym Jakubik radzi sobie znakomicie. Bezbłędny jest też oczywiście Janusz Gajos, który reprezentuje najwyższą klasę aktorstwa. 

Pozostałe środki, których reżyser używa, by opowiedzieć tę przejmującą historię, można podsumować jednym zdaniem - wszystko działa bez zarzutu. Scenografia, charateryzacja, zdjęcia, montaż i udźwiękowienie budują spójny, konsekwentny i niewygodnie prawdziwy obraz świata, do jakiego postanowił wprowadzić wdzów Smarzowski. Każdy, kto obejrzy ten film, odczuje, że była to wizyta nieprzyjemna, ale z pewnością potrzebna.

„Kler” początkiem dyskusji o zmianach w Kościele

„Kler” pokazuje, że księża to nie bogowie ani nawet święci za jakich uważa ich część społeczeństwa. Jak w każdej grupie są wśród nich ludzie źli, cyniczni i nadużywający władzy, ale też osoby pragnące bliskości, łaknące zrozumienia i bardzo poranione przez życie. Nowy film Smarzowskiego przypomina też, że Kościół potrzebuje radykalnych zmian, by móc służyć wiernym, a nie zapędzać ich w błędne koło, z którego - póki co - nie da się znaleźć wyjścia. Przede wszystkim zaś ukazuje obraz człowieka i wszystkich niedoskonałości, które składają się na człowieczeństwo.

Ogólnopolska premiera „Kleru” już w najbliższy piątek, 28 września 2018 roku.

OCENA: 8/10

Natalia Hluzow
Tagi: #Kler #polskie filmy #Recenzje #Wojciech Smarzowski