03.07.2019
Aktualizacja: 03.07.2019 18:35

"Midsommar. W biały dzień", reż. Ari Aster - [RECENZJA]

Po sukcesie horroru "Dziedzictwo. Hereditary" wielu widzów czekało na kolejny film Ariego Astera. Doczekali się. Czy "Midsommar. W biały dzień" odniesie taki sam sukces?

"Midsommar. W biały dzień", reż. Ari Aster - [RECENZJA]
foto: kadr z filmu Midsommar. W biały dzień

Ostatnimi laty horror ma się bardzo dobrze. Pozycja, na jaką ten niedoceniany gatunek wskoczył w roku 2017, pozostaje bez zmian, dzięki czemu powstaje coraz więcej filmów kina grozy na wysokim poziomie. I nie chodzi jedynie o poziom straszności, ale przede wszystkim poziom artystyczny. Wystarczy wspomnieć takie tytuły ostatnich miesięcy jak "Suspiria" czy "To my". Dzięki łączeniu różnych gatunków horrory trafiają na bardziej mainstreamowe festiwale filmowe i w końcu zaczynają być zauważane przez członków Amerykańskiej Akademii Filmowej. Czy "Midsommar. W biały dzień" dorównuje ostatnim dziełom Luki Guadagnino i Jordana Peele'a?

Nowa produkcja Ariego Astera opowiada o grupie amerykańskich studentów, którzy podczas wakacji postanawiają wybrać się na wyprawę do Szwecji. Głównymi bohaterami są Dani (Florence Pugh) i Christian (Jack Reynor). Relacja między tą dwójką zaczyna umierać i chłopak postanawia odejść od dziewczyny. Przeszkadza mu w tym jednak rodzinna tragedia Dani, która zespala ich związek. Chcąc nie chcąc, Christian zabiera ją na wycieczkę z przyjaciółmi - Joshem (William Jackson Harper), Markiem (Will Poulter) i organizatorem wyprawy - Pellem (Vilhelm Blomgren). Kiedy grupa dociera na miejsce - do rodzinnej wioski Pellego, eurotrip zaczyna przeradzać się w koszmar, który rozgrywa się w biały dzień.

"Midsommar. W biały dzień"

Akcja toczy się podczas lata polarnego, stąd zresztą polski podtytuł filmu. To dość odważny pomysł, bo zdecydowana większość horrorów dzieje się w nocy. Aster postanowił jednak pójśc pod prąd i udowodnić, że to, co najstraszniejsze, czai się w blasku dnia. Czy rzeczywiście tak jest? Niestety nie do końca. Reżyser bardzo powoli buduje napięcie, które czuć od samego początku. Im bliżej finału, tym staje się większe. Jednak o wiele wyższe rejestry niepokoju udaje się osiągać przeciętnym thrillerom. Początkowo wioska, w której wychowywał się Pelle, wydaje się rajem na ziemi, a jej mieszkańcy choć specyficzni, dobrymi ludźmi. Główni bohaterowie z czasem przekonują się jednak, że trafili w samo serce pogańskiej sekty, która nie cofnie się przed niczym, by doprowadzić do końca swój święty rytuał.

Zanim zaczynają dziać się rzeczy typowe dla horroru, upływa jednak sporo czasu. Widz ma dzięki temu okazję dobrze poznać relacje między głównymi bohaterami, ale również może zorientować się, jak funkcjonuje pogański kult. I tu niestety jest problem, bo na każdym kroku pojawiają się podpowiedzi, w którą stronę będzie brnęła fabuła "Midsommar. W biały dzień". Film jest więc niezwykle przewidywalny i dość szybko można się zorientować, jak będą wyglądać kolejne zwroty akcji. Aster ponownie poszedł tą samą drogą, co przy "Dziedzictwie. Hereditary" - połączył dramat z horrorem. Tym razem ten pierwszy element został zdecydowanie gorzej zarysowany. Analiza psychologiczna postaci jest powierzchowna i widz obcuje z dość stereotypowymi charakterami postaci.

Grozy jest przy tym jak na lekarstwo. W momencie, kiedy główne skrzypce zaczyna grać bardziej horrorowa natura filmu, nie jest wcale lepiej. Reżyser praktycznie całkowicie rezygnuje z repertuaru chwytów zazwyczaj używanych przez twórców horrorów. Nie ma jumpscrae'ów, biegania z ostrymi przedmiotami za przerażonymi bohaterami, hektolitrów krwi. Większość złowieszczych wydarzeń rozgrywa się poza ekranem. Nie oznacza to jednak, że brakuje elementów kina gore, a nawet body horroru. Są to jednak krople w morzu monotonnie posuwającej się naprzód akcji. Dynamizm nie pojawia się nawet w finale filmu, przez co całość może się niektórym widzom niemiłosiernie dłużyć.

"Midsommar. W biały dzień"

Oczywiście tego typu sposób budowania klimatu ma swoich zwolenników. Poziom strachu zależy bowiem od wrażliwości odbiorcy. Wpływ ma na to nie tylko scenariusz, ale również sugestywna muzyka, i zdjęcia, których autorem jest Paweł Pogorzelski. Wizualny aspekt filmu to chyba jego najmocniejsza strona. Historia jest bowiem dość prozaiczna, nie ma żadnych kolosalnych zwrotów akcji i w momencie wylądowania bohaterów w Szwecji, widz wie, co ich czeka, a przez to, że nie dzieje się zbyt wiele może poczuć się rozczarowany. Poza tym zachowania bohaterów są bardzo niekonsekwentne i w pewnym momencie nawet głupie. Oczywiście wszytko można zrzucić na karb halucynogenów podawanych Amerykanom przez mieszkańców sekty, ale motywacje pogan też często są całkowicie pozbawione sensu. 

Największym plusem "Midsommar. W biały dzień" jest zdecydowanie sam kult, który wykreowano na potrzeby filmu. Aster w pomysłowy sposób zainspirował się pewnymi praktykami europejskich ludów, tworząc z nich niepokojące tradycje. To najciekawszy aspekt tej produkcji, prawie całkowicie pominięty w poprzednim filmie reżysera. Niestety nie są one wystarczająco niepokojące, by wywołać przerażenie. Być może dla przeciętnego amerykańskiego widza, zaprezentowane w filmie praktyki wydadzą się egzotyczne. Mieszkaniec Europy, który chociaż trochę liznął antropologii kulturowej, raczej nie będzie zaskoczony. Są pewne momenty, w których tkwi potencjał, ale został on o wiele lepiej wykorzystany, chociażby w serialu "Hannibal".

Największą wadą horroru, poza brakiem grozy, jest chyba pretensjonalność niektórych scen. Często odnosi się wrażenie, że Aster za wszelką cenę, chce pokazać światu, poziom swojego artyzmu. Niestety wiele scen, zamiast wzbudzać podziw, czy przerażenie wywołuje... śmiech, co raczej nie było zamiarem twórcy. Minusem jest też wtórność "Midsommar. W biały dzień". Film został zbudowany za pomocą dokładnie tych samych elementów, co "Dziedzictwo. Hereditary". Oczywiście można nazwać to stylem reżysera, ale oba filmy mają praktycznie taką samą konstrukcję. W ten sam sposób rozłożono też główne akcenty. Poza tym pojawiają się te same wątki - pogański kult, kobieta jako główny bohater, zdeformowane dziecko, malujące i żyjące we własnym świecie, przyjaźń, która okazuje się zdradliwa, zmasakrowane głowy, i dziwne odgłosy wydawane przez członków sekty. Ta powtarzalność sprawia, że film staje się jeszcze bardziej przewidywalny i najzwyczajniej w świecie nudny.

"Midsommar. W biały dzień"

"Midsommar. W biały dzień" jest więc ładnym wizualnie, niestrasznym horrorem, na którym fani typowego kina grozy się wynudzą, a przeciętni kinomani zniesmaczą dosłownością pewnych przedstawień. Twórca próbuje iść pod prąd gatunku, ale niestety niejednokrotnie okazało się, że nie ma sensu zmieniać na siłę dobrze działających sposobów wywoływania grozy. No chyba, że kogoś przerażają poganie w wiankach na głowach odziani w białe szaty. 

Ocena: 6,5

Tagi: Recenzje Horror Hereditary