03.08.2018 15:33

„Mission: Impossible - Fallout”, reż. Christopher McQuarrie [RECENZJA]

Szósta odsłona przygód Ethana Hunta i jego przyjaciół z IMF została bardzo ciepło przyjęta na całym świecie. Niektórzy twierdzą, że jest to jeden z najlepszych filmów akcji ostatnich lat. Czy tak jest naprawdę?

Mission: Impossible
foto: materiały prasowe

Jeżeli szukacie niesamowitej choreografii w walce wręcz i tzw. gun-fu, to obejrzyjcie „Johna Wicka”. Jeśli podniecają Was spektakularne wyścigi i pojedynki na szosie, to „Mad Max: Na drodze gniewu” jest produkcją dla Was. Jeśli zaś lubicie, jak film akcji łączy te obydwie rzeczy w jedno, a następnie przyprawia to popisami akrobatycznymi, wśród których znajdują się wspinanie na linie do helikoptera czy zwisanie z lodowca bez asekuracji, to „Mission: Impossible - Fallout” będzie dla Was strzałem w dziesiątkę.

Tom Cruise po raz szósty wciela się w Ethana Hunta, tajnego agenta na usługach rządu USA, którego zadaniem jest rozwiązywanie wszelkiej maści problemów. Krótko mówiąc - ratowanie świata jest dla niego chlebem powszednim. Tym razem fabularnie wracamy do poprzedniej części, ponieważ „Fallout” jest mocno powiązany z „Rogue Nation”. Powraca nie tylko brodaty i dobrze zagrany Solomon Lane (Sean Harris), ale także brytyjska agentka Ilsa, w którą brawurowo, ale i z dozą elegancji wciela się Rebecca Ferguson. Oprócz nich nie zabraknie starych znajomych - Benjiego (jak zwykle świetny Simon Pegg) i Luthera (charyzmatyczny Ving Rhames).

Tom Cruise nie wychodzi z formy

Jeśli chodzi zaś o samego Toma Cruise'a - dla niego granie Ethana Hunta jest czymś tak naturalnym, jak wcielanie się w Tony'ego Starka dla Roberta Downey'a Juniora. Cruise urodził się po to, by być agentem IMF i po raz kolejny udowadnia, że filmy z jego udziałem nie odnoszą sukcesów przez przypadek. Należy również pochwalić Henry'ego Cavilla, który bardzo przekonująco wypadł w roli czarnego charakteru, agenta Walkera. Zadziorności dodawał mu niewątpliwie jego wręcz legendarny wąs, przez który ucierpiała „Liga Sprawiedliwości”. Nie był to może oscarowy performance, ale Brytyjczykowi granie „tego złego” wyszło naprawdę zgrabnie.

Umiejętności aktorskie schodzą jednak na drugi plan, gdyż większość filmu opiera się na długich, rozbudowanych i przede wszystkim świetnie wykonanych sekwencjach akcji. „Mission: Impossible - Fallout” od początku wciska widzów w fotel, a następnie zmienia jedynie bieg na coraz wyższy i wyższy, aż w końcu dochodzi do końca, a my zamiast ulgi czujemy, że chcielibyśmy obejrzeć jeszcze jedną strzelaninę albo chociaż kolejny skok na spadochronie.

W „Fallout” zobaczymy pościgi motorowe, samochodowe, pojedynki biegowe, strzelaniny, wspinanie się na linie do helikoptera, spadanie ze spadochronem czy sceny walki wręcz połączone z kreatywnym wykorzystywaniem wystroju toalety - tak jak na początku wspomniałem, bijatyki z  „Johna Wicka” zostały tutaj zmiksowane z samochodowymi ewolucjami z „Mad Maxa”, a do tego wszystkiego podlane sosem intrygi szpiegowskiej. Fabuła może i jest oklepana, ale stanowi idealny dowód na to, aby zabrać widzów z Paryża do Londynu, a potem do Kaszmiru. Zdecydowanie pochwalić można dialogi, które, kiedy potrzeba, potrafią rozbawić, a w innym momencie zawierają odpowiednią ilość patosu i powagi.

Nie można się przyczepić do strony technicznej - „Mission: Impossible - Fallout” jest prześliczne, świetnie nagłośnione, a akcja jest tak skonstruowana, że bez problemu widzimy, co się dzieje na ekranie (może poza jedną z pierwszych scen, która rozgrywa sie w ciemnej uliczce). Reżyser Christopher McQuarrie i jego ekipa doskonale wiedzieli, co robią i na każdym kroku to widać.

Podsumowanie

Głównymi zaletami nowej produkcji o Ethanie Huncie są popisy kaskaderskie, sceny walki i pościgi - je po prostu trzeba zobaczyć. „Fallout” to prawdopodobnie najlepsza część „Mission: Impossible”, a także jeden z najlepszych filmów akcji obecnej dekady. Tak powinno wyglądać wakacyjne kino rozrywkowe.

OCENA: 9/10

Kamil Kacperski
Tagi: Recenzje Mission: Impossible