20.08.2019
Aktualizacja: 20.08.2019 14:24

"Once Upon in Time in Hollywood", reż. Quentin Tarantino [RECENZJA]

Do kin wszedł najnowszy film Quentina Tarantino. Czy "Once Upon in Time in Hollywood" dorównuje poprzednim dziełom reżysera?

Once Upon a Time in Hollywood
foto: kadr z filmu Once Upon a Time in Hollywood

Twórczość Quentina Tarantino potrafi połączyć ludzi, którzy na co dzień nie dogadaliby się w najprostszych sprawach. Reżyser umieszcza w swoich produkcjach wiele elementów popkultury, z których w każdym wypadku wychodzi mieszanka strawna zarówno dla fanów prostych produkcji w stylu "zabili go i uciekł" oraz elokwentnych i wybrednych bywalców kin studyjnych i festiwali filmowych. Tarantino robi filmy w taki sposób, że każdy znajdzie w nich coś dla siebie, ale przede wszystkim stawia na jakość, nie ilość.

Kiedy po czterech latach przerwy na ekrany kin miał wejść w końcu dziewiąty film Tarantino, miliony ludzi na całym świecie nie mogły doczekać się premiery "Once Upon in Time in Hollywood". Czy ten tytuł ponownie przypadnie do gustu każdemu rodzajowi widza?

Once Upon in Time in Hollywood

Akcja rozgrywa się w tytułowej dzielnicy Los Angeles u schyłku lat 60. XX wieku. Główni bohaterowie są od wielu lat związani z Fabryką Snów. Rick Dalton (Leonardo DiCaprio) to były gwiazdor telewizyjnych westernów i kilku filmów akcji. Od dawna towarzyszy mu Cliff Booth (Brad Pitt) - nieustraszony kaskader, współpracujący z Rickiem przy niejednej produkcji. Początkowo obaj są w impasie swoich karier. Rick nie dostaje żadnych interesujących ról, a co za tym idzie, Cliff robi jedynie za jego asystenta. Aktor odkrywa jednak, że za płotem mieszka Sharon Tate (Margot Robbie) i jej mąż Roman Polański (Rafał Zawierucha) - jedno z najgorętszych nazwisk tamtego okresu. Zdesperowany Rick próbuje wszystkiego, by odzyskać straconą sławę.

Fabuła nowego filmu Tarantino nie jest zbyt skomplikowana. Całość można sprowadzić do prostej historii bazującej na dwóch głównych wątkach należących do Ricka i Cliffa oraz pobocznego wycinka życia Sharon Tate. Od razu należy zaznaczyć, że jeśli ktoś liczy na opowiedzenie historii morderstwa żony Polańskiego, to bardzo się rozczaruje. Wbrew mylnym przekazom niektórych mediów, "Once Upon in Time in Hollywood" opowiada zupełnie o czym innym, a polski reżyser stanowi jedynie tło całej historii.

Chociaż z filmu można wyodrębnić trójkę głównych bohaterów, pierwsze skrzypce gra tak naprawdę coś nieuchwytnego - klimat Hollywood lat 60. - okres, który reżyser wspomina z sentymentem ze swojego dzieciństwa, czas, w którym zakochał się w kinematografii. Tarantino w wielu wywiadach podkreślał, że "Once Upon in Time in Hollywood" to produkcja zupełnie inna niż jego wcześniejszy dorobek, film o wiele bardziej osobisty. I tak właśnie jest, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę przewrotne zakończenie rodem z dziecięcego snu.

Once Upon in Time in Hollywood

Chociaż scenariusz został bardzo dobrze napisany, a postacie jak zwykle niesamowicie zarysowane, fabuła filmu nie porywa i momentami może nużyć, tym bardziej że "Once Upon in Time in Hollywood" trwa aż 2 godziny i 41 minut. Akcja rozkręca się dopiero pod koniec, ale to, co dzieje się w finale powinno wynagrodzić miejscami nudnawe fragmenty pierwszej połowy. Nie jest to jednak zarzut, bo Tarantino nie robi nic przez przypadek. Film miał być wycinkiem pewnego okresu, który minął i to rzeczywiście się udało.

Nie tylko miłośnicy kina lat 60., ale również wszystkie osoby, które uwielbiają czasy hipisów, poczują się jak w raju. Klimat tego okresu wylewa się z ekranu od pierwszej minuty. Na każdym kroku Tarantino poukrywał smaczki dla osób znających produkcje z tamtych lat na pamięć, tym samym składając hołd twórcom minionej epoki. W filmie oprócz Tate i Polańskiego pojawia się wiele postaci historycznych, nie tylko związanych z przemysłem filmowym. Oprócz Bruce'a Lee czy Steve'a McQueena zobaczymy również Charlesa Mansona. Wszystkie te występy należy jednak traktować jako występy gościnne.

Podobnie jest też z gwiazdorską obsadą filmu. Oprócz DiCaprio, Pitta i Robbie, w produkcji wystąpili Al Pacino, Luke Perry, Timothy Olyphant, Dakota Fanning, Kurt Russell czy Michael Madsen. Słynni aktorzy pojawiają się w kilku krótkich fragmentach. Całość dominują postacie Daltona i Bootha. Reżyser puszcza zresztą oko w stronę widzów z bardzo dużą częstotliwością. Wielokrotnie pojawiają się odniesienia nie tylko do filmów z lat 60., ale również swojej własnej twórczości - "Bękartów wojny", "Kill Billa", "Nienawistnej ósemki" czy "Django".

Najjaśniejszą gwiazdą "Once Upon in Time in Hollywood" jest niewątpliwie Brad Pitt. W dość oszczędny sposób zbudował postać twardego i zaradnego kaskadera. Wątek Bootha jest chyba najbardziej interesujący, chociaż pokazu talentu nie można odmówić również DiCaprio, wcielającego się w upadłego aktora. Sceny, w których Pitt gra główną rolę są o wiele lepiej zbudowane, jeśli chodzi o dramaturgię, dlatego najzwyczajniej w świecie lepiej się je ogląda. Poza tym Booth uczestniczy we fragmencie rozgrywającym się na ranczu hipisów - jednym z najlepszych momentów filmu, którego ciężką i niepokojącą atmosferę można kroić nożem.

Once Upon a Time in Hollywood

Technicznej stronie "Once Upon in Time in Hollywood" nie można niczego zarzucić. Zdjęcia, charakteryzacja, kostiumy, scenografia - wszystko stoi na najwyższym poziomie. Jeśli jednak już się do czegoś można przyczepić to zdecydowanie trochę chaotyczny montaż. Większość scen zrealizowano w typowej dla Tarantino manierze długich, spokojnych ujęć. Jednak pojawiają się momenty, w których wprowadzono zbyt dynamiczny, teledyskowy montaż, psujący nieco klimat.

"Once Upon in Time in Hollywood" to najbardziej kasowy film Tarantino. Rekord pod względem oglądalności padł również w Polsce. W pierwszy weekend wyświetlania produkcje obejrzało prawie 300 tysięcy rodzimych kinomanów. Czy jednak te liczby przekładają się na jego jakość? Zależy jak ją interpretować. Dla wielu fanów reżysera "Once Upon in Time in Hollywood" ma szansę trafić na koniec rankingu jego twórczości, ponieważ jest najmniej tarantinowską produkcją. Brakuje wielu charakterystycznych dla tego filmowca zabiegów. Jeśli liczycie na powtórkę z "Pulp Fiction" to raczej się zawiedziecie.

Może i "Once Upon in Time in Hollywood" nie trafi na listę najlepszych tytułów Tarantino, ale nadal to bardzo dobry film, który trzeba zobaczyć dla minionego klimatu lat 60. oraz genialnych ról Pitta i DiCaprio.
P.S. Rafał Zawierucha nie został wycięty z filmu i pojawia się na ekranie częściej niż niejeden hollywoodzki gwiazdor zaangażowany do tego filmu.

Ocena: 7,5/10

Tagi: #Brad Pitt #Leonardo DiCaprio #Margot Robbie #Once Upon a Time in Hollywood #Quentin Tarantino #Recenzje