01.04.2016 14:08

Opowieść o miłości i mroku

Już wielu aktorów podjęło decyzję o przejściu na drugą stronę kamery. Ten krok uczyniła też Natalie Portman. Czy w jej wypadku to pewnie postawiona stopa na nowym polu, czy też stąpanie po kruchym lodzie?

Opowieść o miłości i mroku
foto: materiały prasowe

Debiuty reżyserskie aktorów udowodniły, że lata spędzone na planach uznanych twórców mogą zaowocować świetnymi filmami zdobywającymi uznanie na świecie. Wcześniejsza praca przed obiektywem, to lekcja rzemiosła. Tak odebrane szlify pozwalają na rzucenie się na niezdobyte dotąd wody.

Natalie Portman miała okazję uczyć się od najlepszych. Nauka nie poszła w las, gdyż „Opowieści o miłości i mroku” mogą pochwalić się jej świadomością języka, jakim przemawia kino. Debiutantka porwała się na trudny temat. Postanowiła zekranizować powieść Amosa Oza, która przytłacza ciężarem osobistych doświadczeń autora oraz pełną napięć historią narodu żydowskiego. Portman nie tylko stanęła za kamerą, ale i napisała scenariusz oraz obsadziła się w jednej z głównych ról. „Opowieść o miłości i mroku” to także rzecz osobista dla reżyserki ze względu, że sama urodziła się w Izraelu. Być może to właśnie związanie z materiałem źródłowym i opisaną w nim historią sprawiło, że jak bądź Portman jest świadoma materii jaką jest kino, to brak jej jeszcze doświadczenia i wszystkich potrzebnych umiejętności, aby z pełnią gracji kręcić filmy.

Obraz wypełniony jest metaforycznymi znaczeniami i symboliką. Trudno to czynić zarzutem, ale u samego końca opowieści twórczyni postanawia wszelkie wątpliwości i niedopowiedzenia rozwiać, podając widzowi na tacy klucz do interpretacji. Zabija to delikatność filmu, w którym przecież czuć kobiecą wrażliwość, zwłaszcza że dzieło przedstawia obraz depresji i melancholii, które łapią Fanię (Natalie Portman) w swoje sidła przykuwając do łóżka. Pomimo pogrążenia w takim stanie aktorka cały czas prezentuje się na ekranie z nienaganną fryzurą i makijażem. Pozwala na zamrożenie w kadrach swojej urody, jakby nietrawionej żadną chorobą. Czy właśnie na tym ma polegać kobiece kino?

Zupełnie inaczej ma się sprawa ze zdjęciami autorstwa polskiego operatora, Sławomira Idziaka. To właśnie współpracownik Krzysztofa Kieślowskiego i Ridleya Scotta nadał „Opowieści o miłości i mroku” charakteru. Przedstawił on Izrael skąpany w przytłaczających, ciemnych barwach. Walor estetyczny obrazu, to jeden z jego najmocniejszych punktów.

Pozostaje życzyć Natalie Nortman, aby jej debiut nie był jednorazowym wyzwaniem, gdyż w jej filmie widać zalążek świadomej artystki. Może kolejne doświadczenia przyniosą lepiej skonstruowane fabuły, bo „Opowieści…”, choć z pewnością obdarzone miłością reżyserki, bardziej straszą jednak mrokiem.

Ocena: 2/5

Robert Skowronski
Tagi: Recenzje Opowieść o miłości i mroku