12.05.2018 17:46

„Prawdziwa historia”, reż. Roman Polański [RECENZJA]

„Prawdziwa historia” Romana Polańskiego, choć zapowiadana jako mistrzowski thriller psychologiczny, mało ma w sobie oznak dawnego kunsztu mistrza.

Prawdziwa historia, Roman Polański
foto: materiały prasowe

Ilekroć oglądam filmy pokroju „Prawdziwej historii” Romana Polańskiego, w głowie rozbrzmiewa mi głos Grzegorza Markowskiego, który przed 20 laty śpiewał, że „trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym”. Sam niekoniecznie zastosował się do własnej porady, jednak ostatnie dokonania Stevena Spielberga, Woody’ego Allena czy Romana Polańskiego właśnie – są dowodem na to, że nie jest w tej kwestii odosobniony.

Kiedyś – mistrzowie kina, dokonujący rewolucji na ekranie, dziś tworzą marne kopie filmów, którymi niegdyś podbijali świat. „Prawdziwa historia” jest niestety taką właśnie kopią „Lokatora”, „Wstrętu” czy „Dziecka Rosemary”, brak jej jednak tego wszystkiego, co sprawiało, że po dawnych dziełach Polańskiego nie dało się zasnąć spokojnie.

„Prawdziwa historia” jest opowieścią o Delphine – poczytnej pisarce, która po wielu latach satysfakcjonującej kariery przechodzi kryzys twórczy. Pewnego dnia poznaje jednak tajemniczą kobietę, która przedstawia jej się jako Elle (po francusku elle znaczy ona). Elle bardzo szybko zaskarbia sobie zaufanie Delphine i coraz głębiej zanurza się w jej życiu. Początkowa przyjaźń okraszona nutką erotyzmu zaczyna przeradzać się w pełną zaborczości obsesję. Jakie skutki dla Delphine będzie miała ta znajomość? Tego dowiecie się w kinie. Teraz natomiast skupimy się na tym, dlaczego nowy film Polańskiego nie dorównuje klasykom jego autorstwa.

W „Prawdziwej historii” bardzo łatwo dostrzec resztki stylu Polańskiego wypracowanego już w latach 60. i konsekwentnie pielęgnowanego aż do lat 90. Odnajdziemy tu także reminiscencje „Misery” Roba Reinera czy „Sublokatorki” Barbet Schroeder. Tym co różni jednak nowy film polskiego reżysera od wszystkich wspomnianych wcześniej dzieł, jest jego przewidywalność. Uczucie osaczenia, zagrożenia i niepokoju, które towarzyszyło tytułowemu Lokatorowi czy ciężarnej Rosemary, za każdym razem udzielało się też widzom. Tymczasem przeżycia Delphine nie są w stanie wywołać podobnego efektu, gdyż jesteśmy w stanie przewidzieć niemal wszystko, co za chwilę ją spotka. Atmosferę niepokoju próbuje wprawdzie budować muzyka, czasem z pomocą zdjęć, jednak reżyser nie pozostawia miejsca na niedopowiedzenia. Od pierwszego po ostatnie ujęcie, od zawiązania akcji po jej rozwiązanie prowadzi widza za rękę, każdą sceną potwierdzając to, w jaki sposób należy odebrać jego dzieło. Dlatego myli się ten, kto uważa, że zakończenie ma w tym przypadku charakter otwarty i pozwala na własną interpretację „Prawdziwej historii”. Polański postarał się wyartykułować wszystko bardzo dokładnie – każdym ujęciem, każdym spojrzeniem i każdym rozwiązaniem fabularnym. I właśnie to różni jego najnowszy film od dzieł, którymi podbił serca widzów na całym świecie – brak tajemnicy, która w filmach Polańskiego odgrywała zawsze kluczowe znaczenie. Filmowiec próbuje jeszcze momentami flirtować z widzem, jednak jest to flirt na miarę podstarzałego podrywacza, który dawno stracił już swój charakterystyczny błysk w oku.

Nie można oczywiście powiedzieć, że „Prawdziwa historia” to film zły. Fakt, że dłuto mistrza nieco się stępiło, nie oznacza, że przestał odnajdywać się w swoim fachu. Fabuła bardzo zgrabnie posuwa się do przodu, napięcie rośnie wprost proporcjonalnie do upływu czasu ekranowego i parę razy udaje mu się nawet spowodować przyspieszone tętno u widza. Aktorstwo również trzyma poziom, szczególnie jeśli chodzi o dojrzałą Emmanuelle Seigner (Eva Green zdaje się być zbyt demoniczna). Nie jest być może popisowe, ale nie ma tu też przestrzeni na wielkie popisy aktorskie. Jak wszystko w najnowszym filmie Polańskiego – jest idealnie poprawne, a poprawność ta czyni ów film raczej prostą niż prawdziwą historia. Jak pisałam już wcześniej – „poprawne” nie oznacza w żadnym wypadku „złe”. Po prostu czego innego zwykło się oczekiwać od twórcy „Dziecka Rosemary”, „Lokatora” czy „Wstrętu” – czegoś więcej niż prostej, prawdziwej historii o starzejącym się, zmęczonym swoim rzemiosłem mistrzu.

Ocena:

5/10

Natalia Hluzow
Tagi: #Recenzje #Roman Polański