12.08.2016 10:33

Sausage Party

Witajcie w spożywczej wersji „Toy Story”, gdzie zamiast słów o sile przyjaźni można usłyszeć deklaracje o potrzebie zaspokojenia chuci. Macie ochotę na pikantną przekąskę z dużą ilością pieprzu? Trafiliście na właściwą półkę w supermarkecie.

Sausage Party
foto: materiały prasowe

Seth Rogen oraz Evan Goldberg, współautorzy scenariusza, nigdy nie należeli do grzecznych chłopców. Każdy ich wspólny projekt sygnowany był wulgarnym słownictwem, niewybrednymi żartami oraz całym mnóstwem podtekstów i aluzji. Panowie powoli wchodzą w średni wiek, ale niezmiennie tkwią w nich dusze nastolatków, którzy korzystają z możliwości opowiadania dowcipów za pośrednictwem kina. „Sausage Party” to kolejny dowód na to, że ostrze ich niepoprawnego politycznie humoru wcale się nie stępiło. A przekonać się o tym możemy, dzięki uznanym w świecie animacji reżyserom, są nimi Greg Tiernan i Conrad Vernon („Shrek 2”, „Madagaskar 3”).

Wizja, jak z ostrej fazy po zażyciu nielegalnych substancji, czego zresztą wcale nie można wykluczyć. Codziennie rano otwierane są drzwi supermarketu, w którym grzecznie na półkach spoczywają kolejne produkty spożywcze czekając na bycie wybranym i umieszczonym w koszyku. To prawdziwy zaszczyt, gdyż ludzie postrzegani są jako bogowie, a świat za suwanymi drzwiami ma być ziemią obiecaną. Pewna musztarda trafia jednak ponownie do swoich braci i sióstr jako zwrócony towar i wyznaje, że wszystko to, w co mieszkańcy marketu wierzyli to jedno wielkie kłamstwo. Ludzie to tak naprawdę potwory pożerające wszystko co popadnie, a raj w istocie jest istnym piekłem. Pewna niepokorna parówka, Frank (Seth Rogen), postanawia odkryć prawdę. W swoją krucjatę ku objawieniu zabiera ukochaną bułkę, Brendę (Kristen Wiig), a także nowych znajomych Lawasza (David Krumholtz) oraz koszernego Sammy'ego (Edward Norton).

„Sausage Party” przez swoje wyśmiewanie stereotypów, seksualne podteksty, bycie łamiącą wszelkie normy satyrą na współczesny świat i całą masę innych znaków rozpoznawczych osób stojących za filmem, może się okazać dla niektórych zbyt ciężkostrawnym daniem. Ci, którzy mają jednak odrobinę dystansu i nie przeszkadza im to, że ormiański chleb odwołuje się do sytuacji w Strefie Gazy, że butelka tequilli reprezentuje pijanego Meksykanina, a Frank będzie marzył tylko o wejściu w bułkę, powinni bawić się przednio. Otwarty przed nimi zostanie szwedzki stół, na którym serwowane są slapstickowe dowcipy i popkulturowe cytaty z tonami wypalonej marihuany w tle. To bezkompromisowa i sprośna jazda napompowana nieprzestrzeganiem obyczajowości.

Brawa i ukłony należą się również aktorom dubbingującym swoje narysowane grubą jak bela kreską postacie. Wśród nich oprócz wyżej wymienionych, znaleźli się jeszcze m.in. Jonah Hill, Bill Hader, Michael Cera, James Franco, Paul Rudd czy Salma Hayek. Z grubsza mamy więc do czynienia z plejadą gwiazd już nie pierwszy raz pracujących ze sobą przy tworzeniu równie szalonych komedii, by wspomnieć tylko „Supersamca” czy „To już jest koniec”. Aktorzy użyczając głosów swoim postaciom pokazali duży dystans do siebie i wypełnili poszczególne produkty spożywcze swoim charakterem. Dość wspomnieć, że Michael Cera dubbinguje nieśmiałą parówkę, a urodzona w Meksyku Salma Hayek stała się taco. To, że obsada przez dobór ról pozwoliła wystawić się na śmiech sprawia, że całość stała się jeszcze zabawniejsza.

Evan Goldberg i Seth Rogen od zawsze robią w kinie to, na co mają tylko ochotę przedstawiając swoje szalone wizje. „Sausage Party” to prawdopodobnie najbardziej pokręcony i zabawny film, jaki trafi w tym roku na ekrany. Parówki nie należą do szczególnie wysublimowanych dań, ale każdy z chęcią po nie sięga. Taki jest też film, ale powinien zasmakować widzom. Tytułowa impreza jest mocno nieobyczajna i pozbawiona wszelkich barier, a na takich bawi się najlepiej.

Ocena: 4/5

Robert Skowronski
Tagi: Recenzje