20.04.2018 18:22

„Śmierć Stalina”, reż. Armando Innaucci [RECENZJA]

„Śmierć Stalina” to francusko-brytyjska komedia opowiadająca o losach oficerów ZSRR, którzy po śmierci Stalina rozpoczynają między sobą konflikt o to, kto ma przejąć po nim schedę. 

„Śmierć Stalina”, reż. Armando Innaucci [RECENZJA]
foto: materiały prasowe

Film rozpoczyna się w przeddzień śmierci Józefa Stalina, dyktatora ZSRR. Poznajemy go, gdy otoczony jest przez najbliższych mu oficerów - wśród nich prym wiodą Nikita Chruszczow (Steve Buscemi) oraz Ławrientij Beria (Simon Russell Beale). Towarzyszą im również m.in: Wiaczesław Mołotow (Michael Palin) i Gieorgij Malenkow (Jeffrey Tambor).

W nocy po spotkaniu ze swoimi oficerami, Stalin pada ofiarą listu od pałającej zemstą bohaterki Olgi Kurylenko i na modłę przypominającą „najśmieszniejszy żart na świecie” Monty'ego Pythona, Wódz dokonuje żywota w swoim własnym gabinecie. Wtedy właśnie rozpoczynają się przepychanki między najbliższymi współpracownikami Stalina, bo każdy z nich chce zdobyć jak największy kawałek tortu. 

Prawie jak Monty Python

Film „Śmierć Stalina” jest absurdalnym pokazaniem realnych wydarzeń, które miały miejsce po tytułowym wydarzeniu. Główna oś fabularna opiera się na konflikcie między Chruszczowem, a Berią. Obydwaj panowie chcą zawłaszczyć sobie tytuł Wodza i szefa Partii i w trakcie filmu wymyślają coraz to nowsze intrygi i knucia, które mają im w tym pomóc. W to wszystko zamieszani są oczywiście inni współpracownicy Stalina, a także jego dzieci - Wasilij i Swietłana. 

Ciężko się do czegoś przyczepić w tym filmie. Wszystkie części składowe produkcji są wykonane w miarę porządnie, a czasami nawet potrafią wybić się mocno ponad normę. Ogromną zaletą produkcji jest na pewno jej scenariusz - „Śmierć Stalina” jest komedią pełną parą, nie stara się podejść na poważnie do przedstawianych wydarzeń, tylko pokazuje je w krzywym zwierciadle, od początku, aż do samego końca. Za to należy się ogromny plus. Humor jest również czerpany z różnych źródeł. Są momenty slapstickowe, postaci potrafią prowadzić naprawdę zabawne konwersacje, a także rzucić dobrym one-linerem.

Historia w krzywym zwierciadle

Komedia w tym filmie jest również bardzo naturalna i nie odnosi się wrażenia, że żarty są wpychane do „Śmierci Stalina” na siłę. Nie ma w produkcji co prawda fragmentów, w których cała sala kinowa dostała histerii, ale definitywnie nawet najwięksi ponuracy kilka razy parskną ze śmiechu. Na plus na pewno zasługuje też podniosła ścieżka dźwiękowa filmu, która dobrze kontrastuje z absurdami, które widzimy na ekranie. Niesamowitym w swojej prostocie zabiegiem było zatrudnienie Brytyjczyków w większości głównych ról, a potem zabronienie im nawet próbować mówić z rosyjskim akcentem. Taki drobiazg, a zdecydowanie dodaje filmowi kolejny poziom absurdu.

Dużym problemem z tym filmem jest paradoksalnie to, że w tym filmie nie ma widocznych poważnych wad. Nie można się za bardzo do niczego przyczepić, bo jak wspomniałem każda część składowa „Śmierci Stalina” jest wykonana porządnie. No właśnie, porządnie, a nie dobrze. Dlatego film dostanie ocenę porządną, a nie dobrą.

OCENA: 6/10

PS. Nie chciałem liczyć zabiegów drużyny marketingowej do oceny filmu, ale trudno o nich nie wspomnieć - ogromnym zaskoczeniem jest dla mnie fakt, że Ławrientij Beria (Simon Russell Beale) nie jest obecny na plakacie promującym film. To właśnie on jest drugim głównym bohaterem „Śmierci Stalina”, zaraz obok Buscemiego i nieco nie rozumiem tego, że zamiast niego jest Jason Isaacs, który pojawia się w filmie ok. 15 minut przed końcem seansu (wybaczcie za spoiler). Takie zagranie jest niezrozumiałe i po raz kolejny pokazuje dziwne techniki stosowane przez osoby odpowiedzialne za promocję filmu.

Kamil Kacperski
Tagi: Recenzje