05.08.2016 13:19

Śmietanka towarzyska

Czy spicie tytułowej śmietanki przynosi pożądane walory smakowe? A może data przydatności dzieł 80-letniego nowojorczyka już się przeterminowała?

Śmietanka towarzyska
foto: materiały prasowe

W życiu można być pewnym kilku rzeczy. Jedną z nich jest to, że każdy kolejny rok przyniesie film podpisany nazwiskiem Woody’ego Allena. Na linii produkcyjnej, którą nadzoruje reżyser w ostatnich latach zaczęły się pojawiać pozycje ukazujące większy lub mniejszy, ale jednak spadek formy twórcy. 49. obraz w jego dorobku, to powrót do dawnej świetności.

„Śmietanka towarzyska” stanowi swoisty allenowski the best of. Niewiele jest tu w stanie kogokolwiek zaskoczyć, kto widział choć garstkę dzieł reżysera. To niby ten sam humor, identyczna prościutka historia stanowiąca powielenie wielu innych scenariuszy, ponownie też otrzymujemy te same typy bohaterów, zaś w tle niezmiennie przygrywa jazz. Każdy to widział, każdy to słyszał, a jednak w tej trącącej banałem historii o młodym chłopaku i dziewczynie zawarty jest nieodparty czar i rzemieślnicza sprawność.

Bobby (Jesse Eisenberg), w którym jak w lustrze odbija się postać Allena, zjawia się w Hollywood ścigając marzenia o życiu wśród gwiazd filmu. Możliwość otoczenia się luksusem ma neurotycznemu romantykowi zapewnić pracujący w branży wujek, Phil Stern (Steve Carell), dając mu posadę chłopca na posyłki. I faktycznie młodzian ganiając tam i z powrotem ostatecznie trafia między wyższe sfery. Nie potrafi się jednak wśród nich odnaleźć – zarówno jeżeli chodzi o odstający od reszty garnitur, jak i niewpasowujące się zachowanie. Najlepiej czuje się w towarzystwie atrakcyjnej Vonnie (Kristen Stewart), sekretarki jego wpływowego krewnego. Staje się ona jego przewodnikiem po Mieście Aniołów i jednocześnie pozostaje niewzruszona na pokusy celebryckiego życia. Ale czy miłosne historie zawsze są sielanką, zwłaszcza gdy rozgrywają się w Hollywood? Fabryka Snów wbrew swojej nazwie, wcale nie jest takim romantycznym miejscem.

Woody Allen poczynił podobny krok, co bracia Coen w „Ave, Cezar!” i postanowił rozegrać scenariusz swojego dzieła w świecie branży filmowej ujawniając jej mechanizmy oraz odkrywając prawdziwą twarz. Jednocześnie wykonał głęboki ukłon w stronę klasycznego kina lat 30., a swoją nostalgię podkreślił przepełniając obraz kolorami sepii. Barwne miejsca i ludzie niestety szybko odkrywają karty i okazuje się, że w Fabryce Snów łatwo można piąć się na szczyt, ale jeszcze łatwiej można się rozczarować wszystkim wokół. Nietrudno jest zapomnieć o duszy i zaprzedać się temu co materialne i odkryć, że na starych śmieciach może wcale nie było tak źle.

Ta lekcja nie obyła się bez charakterystycznego dla Allena humoru i jego inteligencji. Te elementy mogłyby nie udźwignąć całości, gdyby nie obsada. Znajdzie się wielu, którzy narzekali na role Eisenberga czy Stewart, ale tym razem nie grozi im krytyka. Aktorzy świetnie wpasowują się w powierzone im kreacje, przez co pozwalają odpowiednio wybrzmieć zarysowanym między nimi relacjom.

Woody Allen pokazał się z jak najlepszej strony i ponownie udało mu się dać popis swojego stylu. Niech spija tę śmietankę, bo na nią zasłużył, ale niech też nie osiada na laurach, bo jak pokazał w swoim filmie świat kina tylko czyha na czyjeś potknięcie, by zebrać żniwa.

Ocena: 4/5

Robert Skowronski
Tagi: Recenzje Woody Allen