09.09.2016 14:45

Smoleńsk

Katastrofa smoleńska wciąż wzbudza skrajne emocje, intensywność tematu podzieliła Polaków na dwa obozy. Nie inaczej stało się za sprawą filmu  „Smoleńsk”.

Smoleńsk
foto: materiały prasowe

W opozycji do tych gorących nastrojów stoi jednak to, co Antoniemu Krauzemu udało się uzyskać. Jego dzieło, jak na kwestie, które porusza wydaje się tworem zupełnie pozbawionym emocji i dramatyzmu narracji. Z ekranu wydobywa się jedynie nuda. To właśnie ona ogarnia widza, nie zaś ciężar przedstawionych wydarzeń.

Wszystko to co słyszeliśmy przed premierą „Smoleńska” napawało obawą o to, że spotkamy się z regularną agitką polityczną. Antoni Krauze nie pozostawił wątpliwości co do tego, że stoi murem za teorią o zamachu dokonanym przez Rosjan, ale zbyt drastycznym osądem byłoby nazwanie jego dzieła filmem propagandowym. Kino patriotyczne, które oferują Amerykanie, choć również przedstawia tylko jeden „właściwy” punkt spojrzenia, niesie za sobą wartość artystyczną - nagrodzony Oscarem „Snajper” Clinta Eastwooda, czy wywołujący dyskusje „JFK” Olivera Stone'a. Nam jednak wciąż pozostaje czekać na godnego reprezentanta gatunku w rodzimej kinematografii, gdyż „Smoleńsk” nie spełnia tych oczekiwań.

Oglądając nowy obraz w reżyserii Krauzego można odnieść wrażenie, że jest to dokonanie debiutanta. Z zawodem można się spotkać na każdym polu. Jest to film fatalnie zagrany. Kreacje aktorskie wpadają niekiedy w karykaturalność, poziomem nie odstając od groszowych telenowel. Nie inaczej sprawa się ma ze zdjęciami rodem ze wspomnianych wyżej produkcji.

Jest to też film niezwykle chaotyczny, gdzie duży procent całości stanowi przedstawienie materiałów archiwalnych, ale i ujęć z aktorami, z demonstracji, przewozu trumien z parą prezydencką, czy też z tego, co się działo na Krakowskim Przedmieściu przed Pałacem Prezydenckim. Pomiędzy dokumentalnymi wstawkami rozgrywa się właściwa fabuła prowadzona z perspektywy dziennikarki telewizyjnej Niny, granej przez Beatę Fido. Zajmuje się ona tematem katastrofy smoleńskiej, a w pogoni za kolejnymi gorącymi newsami dotyczącymi sprawy zaczyna odkrywać, że jej pierwotne założenie o tym, że zawinili piloci mogło być błędne. Poznajemy ją jako medialną hienę niezważającą na uczucia bliskich tych, którzy zginęli 10 kwietnia 2010 roku. Wraz z pojawianiem się kolejnych niezgodnych ze sobą doniesień zmienia się jej nastawienie oraz sposób jej ukazania.

W międzyczasie otrzymujemy też sceny z rodzinami zmarłych. Łzy płyną po ich policzkach, ale nieudolność w ukazaniu ich cierpienia sprawia, że ciężko jest identyfikować się z ich bólem. Pojawiają się wątki morderstw osób dysponujących zbyt dużą wiedzą na temat tego co naprawdę się wydarzyło, a obraz ostatecznie staje się nijaki. Nie tylko dlatego, że przedstawiony dramatyzm odznacza się anemią, ale też dlatego, że nie udało się zgłębić jedynie napoczętych wątków. Na przebieg narracji negatywnie wpływa także pozostawienie w finalnym dziele scen nie mających żadnego wpływu na fabułę, co sprawia jedynie, że film niemiłosiernie się dłuży.

„Smoleńsk” zamiast uwierać, zmuszać do dyskusji, wywoływać łzy wzruszenia lub prowokować do zaciskania pięści z gniewu pozostaje filmem, któremu daleko do temperatury wrzenia. Stanowisko i wizja reżysera nie są jego grzechem, tym pozostaje nieudolność artystyczna. „Smoleńsk” był dziełem potrzebnym, szkoda tylko, że zmarnowano jego potencjał. Wierzę jednak, że znajdą się osoby, dla których będzie stanowił przeżycie, może nawet formę narodowego katharsis, i w tym należałoby upatrywać ważności tego filmu.

Ocena: 1,5/5

Robert Skowronski
Tagi: Recenzje Smoleńsk