18.05.2018 14:37

„Solo. A Star Wars Story”, reż. Ron Howard [RECENZJA]

Fani „Gwiezdnych wojen” mieli co do tego filmu bardzo złe przeczucia. Ale czy słusznie? My już wiemy!

„Solo. A Star Wars Story”, reż. Ron Howard [RECENZJA]
foto: kadr z teasera

Ten film miał naprawdę mocno pod górkę. Na długo przed premierą znaczna część środowiska fanów gwiezdnej sagi uznała go za najgorszy obraz, należący do stworzonego przez George’a Lucasa uniwersum. Faktycznie, wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że solowy film o Hanie Solo (no pun intended), który wejdzie na ekrany 25 maja 2018 będzie kompletną klapą.

Powiedzieć, że wieści z planu nie nastrajały optymistycznie, to nic nie powiedzieć. Szykowała się katastrofa. W trakcie produkcji zwolniono dwóch pracujących nad filmem reżyserów. Odtwórca głównej roli podobno był tak słaby, że wymagał dodatkowych treningów aktorskich. W dodatku w ogóle nie przypomina Hana Solo ze starej trylogii, czyli niepodrabialnego Harrisona Forda.

Na tym nie koniec. Prace nad filmem przeciągały się tak długo, że w grę wchodziło nawet przesunięcie premiery - ostatecznie film jakoś wyrychtowano na 25 maja 2018. My, fani „Gwiezdnych wojen” obawialiśmy się, że „Solo. A Star Wars Story” będzie niczym sklecony z byle jakich części statek kosmiczny, którego pilot zapewnia, że zabierze nas na samo Alderaan. Mamy lecieć TYM? – pytaliśmy w myślach. Skreśliliśmy film na starcie, tak samo, jak wszyscy skreślali Hana i jego „Sokół Millennium” – obdartusa latającego kupą złomu. Trasa na Kessel w dwanaście parseków? Dobre sobie!

„Solo. Gwiezdne wojny – historie” - recenzja

Tymczasem „Solo. Gwiezdne wojny – historie” zaskakuje dokładnie tak samo, jak podrywający się do lotu „Sokół”. Zupełnie nie widać po tym filmie, że przeszedł tak ciężką drogę. Ze wszystkich tarapatów twórcy wykaraskali się, niczym Han w pasie asteroid.

Zacznijmy od aktorów. Straszono nas, że Alden Ehrenreich ma ekspresję na poziomie C-3PO, a do Harrisona Forda jest podobny w równym stopniu, co do Chewbakki. Ale idealnie wczuł się w postać młodego Solo. Solo Ehrenreicha uśmiecha się tak samo szelmowsko, jak Solo Forda. Tak samo przekonująco potrafi odstawiać pewnego siebie cwaniaczka, gdy przychodzi do trudnych negocjacji z dużo potężniejszymi łobuzami. Nawet gestykulacja Aldena nie daje nam ani na chwilę zapomnieć, w jaką rolę się wciela. Jako Hana kupiłem go od pierwszej sceny.

Nie zgodzę się, że Ehrenreicha tak bardzo przyćmił Donald Glover aka Childish Gambino, odtwórca roli Lando Calrissiana. Po prostu Lando zawsze przyćmiewał Hana. Trochę zagubiony w dorosłym życiu, początkujący łotrzyk musiał wypaść blado na tle galaktycznego hazardzisty o ego wielkości Miasta w Chmurach! Fakt, że Glover wypadł rewelacyjnie, jak na nieszkolonego aktora (z wykształcenia jest scenarzystą!). Ma charyzmę, luz, pewność siebie – wypisz, wymaluj Lando. W wykonaniu Donalda to dużo zabawniejsza postać, niż ta wykreowana przez Billy’ego Dee Williamsa – no, ale w „Imperium kontratakuje” była już statecznym biznesmenem, a nie luzackim playboyem.

Glover do scenariusza się nie dokładał, ale nie było potrzeby, skoro zajęli się tym Kasdanowie – ojciec Lawrence i syn Jon. Ten pierwszy to człowiek, który tchnął w życie w „Gwiezdne wojny”, autor scenariuszy do „Imperium” i „Powrotu Jedi”. Jak nikt inny na tej planecie wiedział, jak wczuć się w klimat oryginalnej trylogii. Ci fani, dla których „Gwiezdne wojny” zaczynają się od ataku na Tantive IV, a kończą tańcem Ewoków, będą czuli się jak w domu.

Easter eggi sypią się jak z rękawa – nostalgicznego widza zachwyci ilość nawiązań do starej trylogii. Trudno się nie uśmiechnąć, gdy słyszy się bardzo znajomo brzmiący dialog czy widzi na ekranie przedmiot, który odegra ważną rolę w późniejszych (zgodnie z chronologią sagi) epizodach. Wytrawni fani świata, stworzonego przez George’a Lucasa dostrzegą aluzje nie tylko do kanonicznych filmów i seriali, ale nawet do Expanded Universe! Tak, jedna scena z pewnością zachwyci miłośników tak zwanych „Legend” – zaryzykowałbym stwierdzenie, że jej obecność w kanonicznym filmie uprawomocnia istnienie całego rozszerzonego świata „Gwiezdnych wojen”!

Nie zdradzę wiele, jeśli napiszę, że film oczywiście zachowuje ciągłość z „Nową nadzieją”, gdzie po raz pierwszy spotykamy Hana. Dowiadujemy się, w jakich okolicznościach chłopak z Korelii wszedł na przestępczą drogę, jak poznał swoich wiernych druhów, Chewiego i Lando, a także jak został właścicielem legendarnego „Sokoła Millennium”. Niektóre wątki zarysowane w starej trylogii stają się jaśniejsze. Mało tego, skorygowane zostają błędy (czy też - pozorne błędy), które od dziesięcioleci nie dawały spać po nocach nerdom.

Nie jest jednak tak, że cały „Solo” to po prostu powtórka z rozrywki. Pojawiają się też elementy, których wcześniej w filmach z uniwersum „Star Wars” nie było, lub nie było ich w tej skali. Mamy na przykład bardzo efektowny pościg uliczny (papa Lucas, maniak wyścigów samochodowych, byłby dumny). Nudna gonitwa Obi-Wana i Anakina za łowcą nagród w „Ataku klonów” w porównaniu z nim daje tyle emocji, co wyścig żółwi. Dostajemy także najbardziej poruszającą w dziejach „Gwiezdnych wojen” scenę batalistyczną – wyjątkowo realistyczną i przerażającą. Przez chwilę mamy wrażenie, że z odległej galaktyki przenieśliśmy się pod Stalingrad. Z drugiej strony, „Solo” to zdecydowanie najzabawniejszy film z uniwersum, ale nie mogło być inaczej, skoro w starej trylogii wątki humorystyczne krążyły głównie wokół Hana.

„Star Wars” to jednak przede wszystkim emocje, przygody, nieprawdopodobne wyczyny bohaterów. Wszystko to oglądamy w „Solo”. Akcja pędzi na złamanie karku niczym Han i Chewie w swojej kupie złomu, a liczba plot twistów jest wręcz nieprawdopodobna. Kiedy już jesteśmy pewni, że to już koniec przygód bohaterów, którzy będą od tej pory żyli długo i szczęśliwie, aż ich nie znajdzie zakapturzony dziadunio na Tatooine, następuje radykalny zwrot akcji, który zmienia całą wymowę filmu. Może nie przez cały film utrzymane jest równe tempo, ale po seansie naprawdę można czuć się jak po locie „Sokołem Millennium” w roju asteroid.

Zatem jeśli najwspanialszy awanturnik w galaktyce zaprasza Was na przejażdżkę furą, która pokonała trasę na Kessel w dwanaście parseków, nie możecie przegapić takiej okazji. Gwarantuję Wam, że tę kosmiczną podróż z Hanem Solo zapamiętacie na długo.

Ocena:

8/10

Maciej Koprowicz
Tagi: Recenzje Gwiezdne wojny Han Solo Star Wars Han Solo: Gwiezdne wojny – historie