30.01.2018 01:15

„The Disaster Artist”, reż. James Franco [RECENZJA]

Rzadko zdarza się, by widzowie przez kilka minut oklaskiwali film po seansie, który nie jest uroczystą premierą czy pokazem festiwalowym. A jednak czasem dzieło wzbudza w publiczności tak pozytywne emocje, że owacje pojawiają się niczym odruch bezwarunkowy. Takim właśnie dziełem jest „The Disaster Artist”. Absolutnie rozbrajającym.

„The Disaster Artist”, reż. James Franco [RECENZJA]
foto: materiały prasowe

Próba stworzenia filmu o tworzeniu najgorszego filmu świata i przedstawienia w sposób artystyczny postaci bardzo niewydarzonego artysty to stąpanie po wyjątkowo cienkim lodzie. Mimo to, Jamesowi Franco nawet na moment nie powinęła się noga i nie tyle uniknął katastrofy, co wykonał potrójny axel ani na chwilę nie wypadając z rytmu i nie tracąc równowagi. 

Film o robieniu filmu „The Room”

Śmiało można powiedzieć, że Franco odtworzył film Tommy’ego Wiseau jeden do jednego. W pewnym sensie – także pod względem realizacyjnym. Nie tylko bowiem zagrał tytułowego katastrofalnego artystę, ale też – podobnie jak on – wyreżyserował i wyprodukował swój najnowszy film. Ponadto do współpracy zaprosił swoich przyjaciół, Setha Rogena i Judda Apatowa, oraz całą gamę cudownych aktorów, którzy pomogli mu stworzyć wyjątkowy, bezpretensjonalny klimat dzieła. Przede wszystkim jednak zaangażował swojego brata, Dave’a Franco, któremu powierzył ogromną rolę w „The Disaster Artist” – niczym Tommy Wiseau Gregowi Sestero w „The Room”. To właśnie między braćmi Franco rozgrywa się większość scen tego filmu i to oni w niemal każdym ujęciu bawią publiczność do łez, w czym raz na jakiś czas dzielnie wspiera ich Seth Rogen wraz z resztą fantastycznej obsady.

Niemniej, braterska więź aktorów nie tylko służy sprawnemu bawieniu publiczności, lecz przede wszystkim uwiarygadnia dziwaczną przyjaźń łączącą Tommy’ego i Grega. Do tego stopnia, że momentami potrafi wręcz wzruszyć. Podobnie jak wzrusza i bawi jednocześnie niezłomna wiara głównego bohatera w amerykański sen. A wszystko to dzięki idealnemu wyważeniu proporcji i odegraniu przez obsadę całej symfonii słów, gestów i ruchów bez żadnych fałszywych nut.

TDA-02450

Czy przed filmem Jamesa Franco trzeba obejrzeć „The Room”?

„The Disaster Artist” to – w przeciwieństwie do pierwowzoru – film konsekwentny i przejrzysty, w którym nie ma dłużyzn czy niepotrzebnych ujęć, a każda scena służy budowaniu logicznej i spójnej całości. Wiemy, dlaczego Greg zachowuje się tak, a nie inaczej; wiemy, co sprawia, że ekipa i obsada nie rezygnuje z projektu; jesteśmy nawet w stanie zrozumieć głównego bohatera (mniejsza o jego wiek, pochodzenie czy dochody, które – jak przekonamy się w trakcie filmu – są kompletnie nieistotne). Niby nic, a jednak wystarczy zafundować sobie seans „The Room” przed wybraniem się na „The Disaster Artist”, by pojąć, że takie „nic” ma zasadnicze znaczenie. 

Film Wiseau warto obejrzeć zresztą także z innego powodu – by móc w pełni cieszyć się dzełem Jamesa Franco. I nie chodzi tu tylko o możliwość porównania odtworzonych scen z oryginalnymi fragmentami „The Room”, lecz przede wszystkim o zapoznanie się z niezwykle osobliwą postacią Tommy’ego Wiseau. Warto zobaczyć choć kilka króciutkich wywiadów z tym człowiekiem, posłuchać jego śmiechu, a przede wszystkim tego, co mówi o twórcy swojego parabiograficznego filmu i o samym filmie „The Disaster Artist”. Dzięki temu, oglądając go ani przez chwilę nie poczujemy zgrzytu, że oto piękny i (jeszcze) młody Franco naśmiewa się z (nie oszukujmy się) nieco ograniczonej osoby. Dzięki temu będziemy wiedzieli, że Franco dokonał rzeczy niemal niemożliwej, tworząc absolutnie nieprzerysowany obraz totalnie przerysowanego człowieka. Bo mimo tego, że Tommy Wiseau w jego wykonaniu śmieszy do łez, nie da się przeoczyć, że aktor i reżyser podszedł do swojego bohatera w sposób absolutnie szczery – bez blazy i ironii, za to z szacunkiem, życzliwością i ogromną sympatią.

TDA-02424

 

James Franco jako Tommy Wiseau

Franco daje widzom o wiele więcej niż tylko nowe powody do żartów z twórcy najgorszego filmu świata. Pomaga go zrozumieć i wypowiada się w jego imieniu tak, jak on sam nigdy nie byłby w stanie tego zrobić. Pokazuje historię człowieka, który nie boi się marzyć i ma w sobie gigantyczną siłę i determinację, by wbrew wszystkim i wszystkiemu sięgać po swoje marzenia. Nieważne, że stoją za tym brak wiedzy, wyobraźni i realnej oceny własnych możliwości. Ważne, że ten nieudolny artysta potrafi zaciekle dążyć do tego, czego pragnie. Ilu z nas może pochwalić się podobną umiejętnością?

Kiedy Tommy opowiada w wywiadach o filmie Franco, słychać, że jest szczęśliwy – nie dlatego, że jest idiotą, który nie potrafi się zorientować, że wszyscy się z niego śmieją, ale dlatego, że ktoś ważny i utalentowany wreszcie wytłumaczył światu, dlaczego Tommy Wiseau zrobił film „The Room”.

A skoro już o talencie mowa, nie obejdzie się niestety bez ubolewania nad decyzją Amerykańskiej Akademii Filmowej. Nie pamiętam bowiem, kiedy ostatnio działania podjęte z pozaartystycznych pobudek były aż tak krzywdzące dla wspaniałego artysty, jakim okazał się Franco. Gdyby nie burza rozpętana w szklance wody, miałby on ogromne szanse na Oscara za najlepszą rolę męską i bez wątpienia znalazłby się w gronie wyróżnionych reżyserów i producentów. A jednak tak się nie stało, co mnie osobiście oburza o wiele bardziej, niż pisane po nocach tweety dawnych koleżanek, z których tak naprawdę nic nie wynika.

Niemniej, moje niepopularne opinie nie zmienią rzeczywistości, w której znalazł się Franco i w której – niczym bohater „The Disaster Artist” – musi teraz udowodnić światu, że nie jest Draculą, Frankensteinem ani żadnym innym czarnym charakterem. Liczę, że pomoże mu w tym właśnie jego film, który jest dobry nie tylko przez wzgląd na swoje walory artystyczne, ale też dlatego, że robi wiele dobrego dla Tommy’ego Wiseau i daje mnóstwo pozytywnych emocji każdemu, kto go ogląda. I to z tego James Franco, jego brat, przyjaciele i współpracownicy powinni być najbardziej dumni i właśnie tą miarą powinni mierzyć swój sukces. Niezależnie od ilości zdobytych oraz niezdobytych, choć zasłużonych nagród.  

Ocena: 9/10

Natalia Hluzow
Tagi: Recenzje James Franco Tommy Wiseau The Disaster Artist The Room