16.05.2017 16:05

5 najgorszych efektów CGI w horrorach

Kwestie realizacji w horrorach bardzo często przesądzają o ich jakości. Bardzo często efekty specjalne stoją na tak niskim poziomie, że kładą cały film. Poznajcie jedne z 5 najgorszych efektów CGI w horrorach. 

5 najgorszych efektów CGI w horrorach
foto: kadr z filmu

Fani horrorów w uzasadniony sposób wyrobili sobie przez lata niechęć do obrazów wytwarzanych komputerowo, czyli CGI. Właściwie każdy współczesny horror raczy widza sztucznymi efektami, które zamiast straszyć, to najczęściej bawią. Wystarczy porównać „Coś” Johna Carpentera z 1982 roku, a jego prequel z 2011 roku. Zderzenie praktycznych efektów, jakie odnajdziemy w klasycznym horrorze science fiction z lat 80. zmiata z powierzchni ziemi sterylny szajs i bezpłciowość CGI. Gdzie pierwszy film do dziś potrafi zajść za skórę, to drugi nie wzbudza większych emocji. Z ostatnich filmów, warto zwrócić uwagę na „The Void” Stevena Kostanskiego i Jeremy’ego Gillespiego z 2016 roku, gdzie ukazano, jak imponujące mogą być efekty nieskażone komputerową obróbką.

Wybór komputerowych efektów jest sensowny z powodów ekonomicznych – wielu twórców woli wybrać szybszą i tańszą drogę na skróty. Nawet złe efekty praktyczne, których znajdziemy w masie horrorów klasy B posiadają większy lub mniejszy urok z racji, że były wykonane przez ludzi. Lepiej ponieść porażkę w takim stopniu, aniżeli narazić się na śmieszność z powodu kiepskiego CGI. W niejednym przypadku można złapać się za głowę i dziwić, jakim cudem zezwolono na umieszczenie tak okropnie wyglądających efektów specjalnych chociażby w filmie, który sam w sobie jest dobry. W takim razie zobaczcie kilka z nich:

1. Anakonda

Na pierwszy strzał musi pójść „Anakonda” Luisa Llosy z 1997 roku. Jako przykład wyjątkowo głupiego filmu o wielkim gadzie zasługuje na wszelkie cięgi, nawet jeśli mówimy o próbie stworzenia pełnego niedorzecznej rozrywki kina klasy B. Największym strzałem w stopę ze strony twórców jest prawdopodobnie wymieszanie efektów praktycznych z komputerowymi. Wystarczy spojrzeć na konfrontację anakondy z bohaterami pod koniec filmu:

2. Piekielna głębia

Innym klasykiem jest „Piekielna głębia” z Samuelem L. Jacksonem jako ofiarą ogromnego rekina. Film wyszedł w 1999 roku, ale zabawnym faktem jest, że wygląda jeszcze gorzej niż powyższa „Anakonda”. Skąd ten regres? Prawdopodobnie wiele poszło na gażę odtwórcy filmów Quentina Tarantino. Zobaczcie zejście Nicka Fury’ego:

3. Blade – Wieczny łowca

Mniej oczywistym wyborem wydaje się „Blade – Wieczny łowca” z 1998 roku, z rolą Wesleya Snipesa jako tytułowego pół-wampira, pół-człowieka, ale jednak również tu znajdziemy poważną skazę. W kultowym filmie Stephena Norringtona odnajdziemy mnóstwo dobroci, w tym dość zaskakującą ilość napięcia jak na krzyżówkę kina superbohaterskiego i horroru o krwiopijcach. Marvel tak mroczny nie był nigdy wcześniej, ani tym bardziej później, pomijając kontynuację z 2002 roku w reżyserii Guillermo Del Toro. Jednak finałowa scena z 1. części, jak CGI może zniszczyć nawet najlepszą choreografię walki. Spójrzcie na krew:

4. Mumia powraca

Reżyser sequela „Mumii”, Stephen Sommers, prawdopodobnie nie uczestniczył w post-produkcji obrazu, bo trudno zrozumieć dlaczego dopuścił na doklejenie czegoś takiego w swoim filmie. Choć jakość filmu z 2001 roku sięga absolutnych nizin, to jednak dopiero w kulminacji możemy „dostąpić” cudu, jakim jest CGI. Nikt inny jak Dwayne „The Rock” Johnson pojawia się w roli króla skorpiona, by dołączyć się do pojedynku między Brendanem Fraserem i Arnoldem Vosloo. Zobaczcie:

5. Ring 2

Uznawanie istnienia amerykańskiej wersji „Ringu” samo w sobie nie ma większego sensu, ale jeśli ktoś się jeszcze waha, to proszę spojrzeć na sekwencję z drugiej części z 2005 roku. Reżyser Hideo Nakata popełnił klasyczny błąd przeniesienia swoich filmów na poletko Hollywoodzkie, co skończyło się klasycznym ośmieszeniem. Groza i sugestywność japońskich oryginałów wyparowała, pozostały jelenie. Nawet dobra aktorka jak Nami Watts nie ma szans w zderzeniu z potwornym CGI. Spójrzcie:

Oczywiście tego typu przykładów możemy mnożyć bez końca, ale zastanawiające jest to, że nawet w miarę przyzwoity budżet nie uchronił przez klątwą komputerowego generatora obrazków. Wnioski nasuwają się same. 

Kamil Dachnij
Tagi: Wesley Snipes