A-ha to nie tylko "Take On Me". Recenzja filmu dokumentalnego "A-ha - The Movie"

16.09.2021 15:32
Zespół A-ha Fot. JC/Splash News/EAST NEWS

Zespół A-ha ma na swoim koncie wielkie hity, które można usłyszeć nadal w radiu. Czy film biograficzny o norweskim zespole dobrze wyjaśnił ten fenomen? Przeczytajcie naszą recenzję.

Kto nie zna przeboju "Take On Me" A-ha? Bez względu, czy jesteś metalowcem, depeszem czy słuchasz radia tylko w pracy, na pewno kojarzysz ten przebój. Norweski zespół A-ha to nie tylko "Take On Me", widowiskowe teledyski i ładna buzia wokalisty Mortena Harketa. Zespół jest niedoceniony przez wiele osób, które przyczepiły mu łatkę po prostu kolejnej kapeli new romantic. Wystarczy jednak siegnąć po późniejsze płyty kapeli, by przekonać się, jak skomplikowane i wzruszające tworzyła piosenki. Czy fan A-ha odkryje coś nowego dla siebie oglądając dokument w reżyserii Thomasa Robsahma i Aslauga Holma?

Polecamy

Film dokumentalny "A-ha - The Movie" (reż. Thomas Robsahm i Aslaug Holm) [RECENZJA]

Idąc na pokaz filmu "A-ha" obawiałam się, że będzie to nudny dokument, bo norwescy muzycy wiedli dosyć spokojne życie - żadnych narkotyków, skandali, romansów itd., a jak wiadomo, im bardziej barwna postać muzyczna, tym wzbudza większe zainteresowanie widowni. Całe szczęście nudy nie było, ale wypieków na twarzy również. Film zaczął się dosyć smutnie pokazując wprawdzie nadal aktywnów muzyków, ale na trasie siedzących w oddzielnych pokojach, poruszających się różnymi samochodami. Są zespołem, ale są jakby obok siebie. I mniej więcej ten melancholijny nastrój ciągnie się przez cały czas trwania filmu, chociaż momentami można było się pośmiać z niektórych absurdów grupy.

Oczywiście po smutnym wstępie poznajemy dzieciństwo trójki dzieciaków z Oslo. Opowieść artystów jest przeplatana kadrami z ich dzieciństwa stylizowanymi na kreskówkowy charakter klipu do "Take On Me". Był to ciekawy zabieg, który jednak po jakimś czasie męczył oczy i całe szczęście, gdy skończono omawiać okres dzieciństwa, zapomniano o biało-czarnych grafikach. 

Twórcy filmu mocno skupili się na początkach zespołu i wciąż po latach ich historia robi wrażenie. 3 nastolatków postanowiło podbić branżę muzyki pop nie mając zielonego pojęcia, jak działa w ogóle ten biznes. Trzeba przyznać, że nawet teraz niewielu odważyłoby się wyjechać ze swojego kraju do Londynu, by tam skupić się na swojej karierze muzycznej. Pojechali tam sami, bez menedżera, bez rodziców i bez doświadczenia. Oczywiście początki były bardzo trudne, pojawiły się historie o jedzeniu spleśniałych ciasteczek z kosza na śmieci, co tylko bardziej wprawiało w zdziwienie widza, bo taka determinacja jest rzadkością. 

Polecamy

Twórcy mocno skupili się na początkach zespołu, ale potem historia była prowadzona po łebkach. Nagle A-ha osiągnął niesamowity sukces z singlem "Take On Me" i za bardzo nie wyjaśniono, dlaczego akurat ten utwór stał się hitem w czasach, gdy tego typu skoczne, syntezatorowe kompozycje nie były niczym nowym. Oczywiście fan A-ha zna takie szczegóły, ale ktoś, kto chce pogłębić swoją wiedzę nie otrzymał wielu pożytecznych informacji - np. czy piosenka A-ha do filmu o Jamesie Bondzie odniosła sukces, jak płyty wydane w latach 90., które mocno różniły się od pierwszej płyty, zostały przyjęte przez publiczność? Tego mi zabrakło w tym filmie, chociaż też rozumiem, że ciężko w 2-godzinnej produkcji zmieścić prawie 40 lat historii zespołu.

Można odnieść wrażenie, że głównym wątkiem filmu były wewnętrzne napięcia między muzykami. Magne Furuholmen i Paul Waaktaar-Savoy byli chłopakami z sąsiedztwa, zaś Morten był totalnie z doskoku. Magne na początku grał na gitarze i to Paul wpadł na pomysł, by przerzucił się na klawisze. Trafny pomysł był traumą dla Magne. Po latach pojawił się kolejny konflikt - pod większością utworów A-ha to właśnie Paul widnieje jako autor, chociaż Magne również dorzucił swoją cegiełkę - chociażby główny motyw z "Take On Me" to właśnie wymysł klawiszowca kapeli. Te tarcia w zespole można było wyczuć przez cały czas trwania filmu i momentami widz się zastanawiał, po co pokazywane są słowne potyczki między muzykami. Rozumiem, że jest to ważny wątek, ale nie wierzę, że w innych zespołach tego typu tarć nie ma.

Mało jest filmów dokumentalnych, które mogą zaskoczyć fana. Reżyser takiej produkcji ma mocno ograniczone możliwości, bo wiadomo, że musi w ciągu kilku godzin pokazać historię zespołu czy artysty i zrobić to w taki sposób, żeby widz nie spał na pokazie. Biografia "A-ha" do wybitnych produkcji nie należy, ale nie jest też produkcją złą, bo ktoś, kto nie zna dobrze zespołu A-ha może poczuć się zachęconym, by sięgnąć po płyty kapeli.

Zawsze zastanawiałam się, jak Ci niepozorni chłopcy mogli stworzyć takie majestatyczne piosenki, jak "Hunting High And Low" czy wyciskać łzy przy "Crying in the Rain" i jednocześnie mieć takie kiczowate utwory, jak chociażby "Touchy". Film pokazał mi, jak bardzo norwescy artyści miotali się między tym, czego chcieli od nich słuchacze, głównie młode dziewczyny, a czego oni sami pragnęli. Myślę, że mają w sobie jeszcze sporo motywacji i twórczej energii, by nagrać ambitny album pełen melancholijnych melodii, które chwytają za serce. Ich ostatnia płyta "Cast in the Steel" ukazała się w 2015 roku i nie był to wcale zły album, więc jest szansa, że A-ha będzie mieć jeszcze swoje 5 minut. Film jednak pokazał 3 zmęczonych sławą i tarciami w zespole facetów, którzy wiedzą, że stać ich na więcej. Jak się skończy ta historia? Oby pomyślnie, chociaż po wyjściu z sali miałam poczucie, że coś się już kończy i podtrzymywanie tego przy życiu nie jest rozsądne. 

OCENA: 7/10

Aleksandra Degórska
Aleksandra Degórska Redaktor antyradia
CZYTAJ TAKŻE
Logo 18plus

Ta strona zawiera treści przeznaczone tylko dla dorosłych jeżeli nie masz ukończonych 18 lat, nie powinieneś jej oglądać.