28.10.2018
Aktualizacja: 18.04.2019 11:26

„Bohemian Rhapsody”, reż. Bryan Singer [RECENZJA FILMOWA]

„Bohemian Rhapsody” to fantastyczne widowisko muzyczne, które z pewnością powinien zobaczyć każdy fan Freddiego i Queen. Pytanie tylko, czy pozostali widzowie również znajdą w nim coś dla siebie?

Bohemian Rhapsody recenzja
foto: materiały prasowe

Wczoraj mieliście okazję przeczytać świetną recenzję Aleksandry Degórskiej, która – jak na prawdziwego fana Queen przystało – wyłapała wszystkie smaczki i niedociągnięcia w „Bohemian Rhapsody”, które podbijają autentyzm w filmie lub wręcz przeciwnie – mijają się z prawdą. Ja, jako zagorzały kinoman, postaram się odpowiedzieć na pytanie, czy „Bohemian Rhapsody” jest obiektywnie filmem dobrym oraz pomóc w decyzji, czy warto pójść do kina, tym osobom, które znają jedynie „I Want to Break Free” ze szkolnych dyskotek, „We Are The Champions” z wydarzeń sportowych, „Another One Bites The Dust” z reklamy Dustera, a „Under Pressure” dzięki piosence „Ice Ice Baby”.

Bohemian Rhapsody

Zespół Queen, jak każda legenda, na stałe zapisał się nie tylko w historii rocka, ale i w całej popkulturze, o czym świadczą chociażby przytoczone wyżej przykłady. Nie dziwi więc, że w końcu zdecydowano się na realizację filmu o brytyjskiej grupie i jej wyjątkowym liderze. Dziwić może jedynie fakt, że zabrano się za to tak późno – Freddie Mercury zmarł 27 lat temu, pozostawiając po sobie nie tylko wiekopomne dzieła, ale też życiorys będący gotowym materiałem na scenariusz. Urodzony w 1946 roku w Zanzibarze jako Farrokh Bulsara, dzięki swojemu talentowi i determinacji (już jako Freddie Mercury) osiągnął status ikony rocka, jednego z najlepszych wokalistów w historii muzyki popularnej i autora największych przebojów XX wieku, zaś wskutek życia zgodnie z zasadą „sex, drugs & rock’n’roll” zachorował na AIDS i zmarł w wieku 45 lat, wywołując rozpacz całego świata i jednocześnie zwiększając świadomość zagrożeń wynikających z zakażenia wirusem HIV.

Przeniesienie na ekran pełnej wzlotów i upadków historii Freddiego i grupy Queen powierzono Anthony’emu McCartenowi, specjaliście od oscarowych biografii, który ma na swoim koncie nominowane do nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej scenariusze „Teorii wszystkiego” i „Czasu mroku”. Scenarzysta skupił się na losach zespołu od jego narodzin po słynny koncert na Live Aid, zahaczając po drodze o wydarzenia z życia prywatnego frontmana grupy. Niestety, podobnie jak w przypadku opowieści o Stephenie Hawkingu czy Winstonie Churchillu, nie trzeba być znawcą tematu, by dostrzec, że historia Queen została mocno podrasowana na potrzeby hollywoodzkiej produkcji.

Bohemian Rhapsody

Oczywistym jest, że kino rządzi się swoimi prawami. By zachować odpowiednią dramaturgię musi mieć początek, środek i koniec – zawiązanie akcji, punkty zwrotne, budujące napięcie konflikty i wreszcie rozwiązanie zwieńczone punktem kulminacyjnym w trzecim akcie. Dlatego bezzasadne jest czepianie się, że w „Bohemian Rhapsody” jakieś wydarzenie zostało przedstawione w nieodpowiednim momencie lub że pewne fakty zostały nieco przekręcone. Filmowa opowieść musi płynąć, w odpowiednich miejscach unosić się na falach i w wyznaczonych momentach zmagać się z przeszkodami, zmierzając wciąż do wyznaczonego na samym początku celu, a właściwy układ wydarzeń nie zawsze dostarczany jest przez samo życie. Niemniej, chęć stworzenia hollywoodzkiego fresku i postawienia filmowego pomnika legendarnej postaci, często – paradoksalnie – prowadzi do trywializacji jej losów i stworzenia banalnego, czarno-białego obrazu. I tak niestety stało się w przypadku filmu o Freddiem i Queen. Nikt chyba nie spodziewał się, że twórcy „Bohemian Rhapsody” przedstawią dokumentalny obraz życia i twórczości zespołu, jednak zabrakło tu pomysłu, autorskiej wizji i kunsztu, jakimi wykazali się twórcy innych filmowych biografii muzyków, jak choćby „Control” o Ianie Curtisie czy „I’m Not There” o Bobie Dylanie.

Nie oznacza to, że „Bohemian Rhapsody” jest jedynie gratką dla przepełnionych miłością do Freddiego fanów Queen, których ucieszy hołd złożony grupie oraz zachwyci ilość czasu ekranowego poświęconego na odtwarzanie przez aktorów jej koncertów i teledysków. Każdy, kto zetknął się na swojej drodze z przebojami takimi jak „Show Must Go On”, „We Will Rock You”, „Radio Ga Ga”, „Don’t Stop Me Now” czy tytułowe „Bohemian Rhapsody”, z pewnością przeżyje piękną muzyczną przygodę, oglądając w kinie to fantastyczne widowisko pełne zapierających dech w piersiach kreacji i popisów scenicznych głównego bohatera, przedstawionych w dynamicznie zmontowanych, kolorowych i efekciarskich ujęciach.

Bohemian Rhapsody

W bardzo znaczący sposób na korzyść filmu działa także aktorstwo. I mam tutaj na myśli nie tylko wychwalanego przez recenzentów Ramiego Maleka, który brawurowo wciela się w postać Freddiego Mercury’ego, ale całą obsadę – w szczególności Bena Hardy’ego w roli Rogera Taylora, Josepha Mazzello w roli Johna Deacona i Gwylima Lee w roli Briana Maya, którzy poza tym, że do złudzenia przypominają skład grupy Queen, są odpowiedzialni za lekkość i humorystyczny aspekt filmu. Co więcej, widz, który nie jest wyznawcą kultu Freddiego Mercury’ego, to właśnie z nimi będzie utożsamiał się, oglądając „Bohemian Rhapsody”, i to ich postawę będzie najlepiej rozumiał. Nie wiem, czy taki był właśnie zamysł twórców, ale to gitarzysta, basista i perkusista, a nie lider Queen, wzbudzają największą sympatię przeciętnego widza.

Bohemian Rhapsody

Wśród zalet „Bohemian Rhapsody” można wymienić także szybkie tempo filmu, w którym akcję ekspresowo posuwają do przodu sceny ukazujące kolejne kamienie milowe w karierze brytyjskiego zespołu, przeplatane obszernymi fragmentami utworów grupy. Wszystko to sprawia, że film Bryana Singera jest niczym dynamiczny i efektowny teledysk do muzyki Queen pozbawiony dłużyzn i zbędnych elementów.

Niestety, w całym tym widowiskowym spektaklu brakuje też szczególnej głębi. Zamiast tego w warstwie fabularnej otrzymujemy bajkę o drodze na szczyt z morałem, który uczy, że rodzina jest najważniejsza, a kto odwróci się od swoich przyjaciół i podąży drogą rozpusty wraz z fałszywymi pochlebcami, zostanie za to srogo ukarany i ostatecznie z podkulonym ogonem wróci do tych, którzy naprawdę go kochali, godząc się z całym światem pomimo przeciwności losu. Jak na porządną bajkę przystało, jest to przesłanie piękne i pouczające, jednak w przypadku tak intrygującej i skomplikowanej historii, jaką było życie Freddiego Mercury’ego, można było pokusić się o dojrzalszą, głębszą i bardziej wielowymiarową opowieść.

Bohemian Rhapsody

Jak podkreślałam już wcześniej, nie oznacza to, że „Bohemian Rhapsody” jest filmem złym. Pozwala nacieszyć oczy i uszy pięknym widowiskiem z porywającą muzyką Queen i świetnymi kreacjami aktorskimi. Może jednak rozczarować tych, którzy w kinie szukają czegoś więcej niż bajek i fajerwerków, pozostawiając ich z niedosytem i każąc im nadal czekać na ukazującą pełną paletę barw (nie tylko w warstwie wizualnej), nieskrojoną na miarę Hollywood opowieść o liderze grupy Queen.

OCENA: 6,5/10

Tagi: #bohemian rhapsody #Freddie Mercury #Queen #Recenzje