19.06.2020 09:46

Czemu kochamy oglądać łobuzów?

Kiedy byliśmy mali, wszyscy kibicowaliśmy Simbie w jego walce o tron. Ale kiedy dorośliśmy, zaczęliśmy coraz bardziej rozumieć Skazę. Spokojnie – to nic złego. Po prostu zło czasem bywa ciekawsze niż dobro.

Czemu kochamy oglądać łobuzów?
fot. materiały prasowe

Najbardziej znienawidzony nastolatek świata  

Czy można zagrać postać tak złą, że nawet aktor wcielający się w tę rolę, może obawiać się o własne bezpieczeństwo? Okazuje się, że można. Taka sytuacja spotkała odtwórcę roli Joffreya z adaptacji kultowej sagi „Gra o Tron”. Aktor, po udziale w serialu, wycofał się z pracy w branży, choć to nie groźby było tego powodem. Podobno…
Pierwszy raz świat usłyszał szerzej o Jacku Gleesonie w 2005 roku, kiedy jako młody chłopak zagrał epizodyczną rolę w nolanowskim „Batmanie”. Parę lat później Internet huczał w memach: „Człowiek-nietoperz powinien go wtedy załatwić!”.
Ale wróćmy do serialowego Joffreya. Gdyby ta postać była realna i żyła w obecnych czasach, pewnie na jej tinderowym koncie znajdowałby się taki opis:

"

„Blond włosy, niebieskie oczy, wiem, czego chcę, pochodzę z dobrej rodziny. Moje hobby to kusze i dręczenie ludzi”. "

GRA O TRON

Ale w uniwersum serialu Joffrey, jako władca Westeros, nie musi korzystać z Tindera. Chętnych na małżeństwo z nim jest wiele, a dla niego to kolejna okazja do epatowania swoim wręcz nieludzkim sadyzmem. Nawet w stosunku do potencjalnego teścia… Dręczenie i torturowanie innych, a potem obserwowanie z uśmiechem na ustach jak umierają to jego ulubione zajęcie.

W połączeniu z tchórzliwością i tendencją do bycia maminsynkiem otrzymujemy postać tak odpychającą, że aż… chce się oglądać! Bo nie ukrywajmy – jednym z największych magnesów serialu jest oglądanie go, w słodkim oczekiwaniu, kiedy Joffrey w końcu zostanie ukarany. Cytując tytuł klasycznego horroru z wytwórni Hammer – „Giń potworze, giń!”

Bogowie technologii i kowboje

Święcący ekranowe tryumfy „Westworld” to niezwykła hybryda gatunkowa. Mamy tu do czynienia z odwołaniem do konwencji westernu (nawet tego spod znaku „spaghetti”), cyberpunku i postapokalipsy. Ale to ten drugi element jest tu najważniejszy. Jeśli ktokolwiek chciał w dzieciństwie poczuć się jak kowboj, to ten serial pokazuje taką zabawę w wydaniu dla dorosłych. Olbrzymi park rozrywki, stylizowany na Dziki Zachód, a w rolach „statystów” – roboty, zwane hostami – barmani, rewolwerowcy, a nawet dziewczyny z saloonu.
Disneyland dla dorosłych zaczyna się jednak drżeć w posadach, kiedy u hostów rodzi się świadomość. Sam bunt maszyn to zresztą klasyczny cyberpunkowy motyw, znany z klasyki gatunku od „Łowcy Androidów” po „Matrixa”.
Cyberpunk stawia odwieczne pytania – jak daleko możemy się posunąć w technologicznym rozwoju i czy z tego powodu nie stracimy naszego człowieczeństwa? Skoro tworzymy sztuczną świadomość, to nie jesteśmy już tylko „konstruktorami”, a stajemy się kimś więcej – bogami. Czy może raczej – demiurgami.  I stoimy ponad prawami natury, życiem i śmiercią. Tu nie sposób nie wspomnieć o genialnej kreacji Anthony’ego Hopkinsa – jako doktora Roberta Forda, kreatora całego parku rozrywki. Demoniczny, prawie pół-bóg, który stworzył cały ten świat. W tej roli jest bardziej przerażający, nawet niż jako Hannibal Lecter z „Milczenia owiec”. Czym zresztą jest pożeranie ludzi w porównaniu do bycia pozbawionym sumienia demiurgiem technologii?

zamaist hopkinsa

Ale to nie on jest czarnym charakterem. Źli jesteśmy my – jako ludzkość. „Westworld” to nie tylko świat „Dzikiego Zachodu”. To także „zachodni świat”, w którym nasz pęd do władzy i dominacji przynosi jedynie destrukcję.

Smak płynu lugola, czyli chaos ex machina

Technologiczny koszmar wcale nie musi być domeną produkcji science-fiction. Czasem wystarczy zupełnie realna historia. W tym przypadku – bliska nam historycznie, geograficznie i… nadal wywołująca grymas na twarzy. Wie o tym doskonale pokolenie lat 80., które nadal krzywi się na sam dźwięk słowa „lugola”. Młodsi mogą nie wiedzieć – ten ohydny płyn miał zapobiegać skutkom napromieniowania po katastrofie w 1986 r.

Serialowy „Czarnobyl” (jeden z najlepiej ocenianych seriali ostatnich lat, dostępny w HBO GO) pokazuje rzeczywistość do bólu prawdziwą, bez żadnego pudrowania. Twórcy do swojej pracy przyłożyli się z wyjątkowym pietyzmem. Ta fabularyzowana wersja wydarzeń przedstawia prawie wyłącznie prawdziwe postaci, a ścieżka dźwiękowa zawiera sample, nagrane w autentycznych wnętrzach nieczynnej elektrowni. 
Tym „złym” jest tutaj system jako taki – totalitarna, komunistyczna maszyna propagandy, stworzona przez ludzi. „Śmierć jednostki to tragedia, śmierć milionów – to statystyka”. Ten cytat idealnie wpasowuje się w narrację serialu. Zło w całej produkcji to mieszanina dwóch rzeczy.
Pierwsza to chory, zdehumanizowany system. Nie ma w nim miejsca na jednostkę i szacunek do jej życia. Kolejna to  fakt, że te wydarzenia rozegrały się naprawdę, całkiem niedawno i nie są pomysłem scenarzysty.

Wuj z sawanny

Każdy zna ten obrazek – typowe polskie wesele, Panowie odziani w koszule z krótkim rękawem, buty z kwadratowymi noskami, modne dwie dekady temu, a wśród nich ON.  Król imprezy – typowy wujek po pięćdziesiątce. Zawsze występuje w pakiecie z wąsami i zakolami. Kanoniczny tekst to „ze mną się nie napijesz?”
Jeśli ktoś uważa takiego wujka – lwa salonowego, za dopust boży, powinien jak najszybciej nadrobić klasykę z dzieciństwa w odświeżonej wersji, czyli „Króla Lwa” z 2019 r. (zobaczyć go można w serwisie HBO GO)

Bratobójstwo i uzurpowanie sobie władzy to rzeczy stojące dużo wyżej w hierarchii grzechów niż przysłowiowe „bycie Januszem”. Ale mimo wszystko, jako dorośli, czujemy do Skazy pewnego rodzaju sympatię. Zresztą nie tak trudno się wczuć w rolę lwa-stryja, po scenie w filmie, gdzie mały Simba w uroczy, ale też irytujący sposób oznajmia:

"

„Ale śmiesznie. Jak zostanę królem, będę mógł Ci rozkazywać. A Ty będziesz się słuchał. Dziwne, co nie?"

 

fot. materiały prasowe

 

Kogo by takie wyznanie nie wyprowadziło z równowagi, niech pierwszy rzuci kamieniem.
Zresztą Skaza jest prawdziwie wielowymiarową postacią. Intryga, którą doprowadza sprytnie do finału, jest godna Machiavelliego. A przy tym, sama historia głównego antagonisty jest bardzo ciekawa w swoim niedopowiedzeniu. Co takiego stało się, że filmowy Skaza jest cały pokryty bliznami? Tego nie wiemy, ale na pewno te wydarzenia godne byłyby przynajmniej prequela. Zaś co do dalszych losów naszego kudłatego ulubieńca – już w latach 90. Disney wyjaśnił to easter eggiem w animowanym „Herkulesie”, gdzie jeden z bohaterów nosi na sobie ni mniej, ni więcej jak… skórę zdjętą ze Skazy.
Ekranowe zło przybiera różne formy. Czasem „oswojone” konwencją kina familijnego jak Skaza. Bywa też nieludzko okrutne jak serialowy Joffrey. Ale najgorsze jest to, które siedzi w nas samych. Jest na zawsze wpisane w naszą naturę. I może właśnie dlatego tak nas fascynuje i pociąga.

Weronika Domoradzka