02.09.2016 10:22

Miles Davis i ja

Takie płyty, jak „Kind of Blue” czy „Sketches of Spain” odznaczają się swoją ponadczasowością, a ich twórca na stałe zapisał się w muzycznym panteonie. Pomnik wystawił sobie sam swoją twórczością, taki też zafundowali mu fani jazzu wciąż oddając cześć wielkiemu trębaczowi. Przyszła pora na ten stworzony z taśmy filmowej.

Miles Davis i ja
foto: materiały prasowe

Jego konstruktorem został Don Cheadle, debiutujący na wielkim ekranie w roli reżysera, mający jednak ogromny dorobek aktorski. „Miles Davis i ja”, jak zresztą sugeruje polski tytuł, to niemal w całości jego dzieło, gdyż nie tylko stanął za kamerą, ale też napisał scenariusz oraz wystąpił w głównej roli.

W scenie otwierającej film udzielający wywiadu Miles Davis mówi, że w jazzie chodzi o improwizację. Cheadle zdaje się działać według tej samej zasady, gdyż jego obraz układa się w nie do końca przemyślany i uporządkowany koncept. Ogarnięcie bogatej nie tylko pod względem kompozytorskim, ale i obfitującej w liczne skandale oraz ekscesy biografii muzyka w całości, mogłoby stanowić nie lada wyzwanie. Dlatego dostajemy jedynie wycinek z życia największego trębacza w historii, do przeszłości wracając przede wszystkim tylko po to, aby ukazać obraz jego związku z Frances Taylor. Jednak niektórych kwestii i tak nie sposób ominąć w tej opowieści o gigancie muzyki, który znalazł się w twórczej niemocy. Mnożą się tym samym motywy, wątki nie znajdują odpowiedniego rozwinięcia. Zbudowana na ekranie pięciolinia Cheadle’a układa się w udaną kompozycję, jednak nie każda nuta wybrzmiewa, a i znalazło się na niej kilka fałszywych.

Na plus reżyserowi należy zapisać, że zdecydował się na mniej popularny krok w filmowym biografizmie. Nie ma tu skrótowego przedstawienia życiorysu Davisa od pierwszych dźwięków, które wydobył z instrumentu, aż do spotkania nad jego grobem. Jednak, jak na póltoragodzinny obraz Cheadle stara się powiedzieć zbyt wiele, w efekcie musi sam ucinać sobie zdanie w połowie. Narracja dzieła zawodzi, ale ciekawiej prezentuje się jego forma, na którą złożyła się mieszanka gatunkowa (kolejny przejaw improwizowania?). Reżyser zwinnie przechodzi od opowieści o muzyku, do kina sensacyjnego, po drodze zahaczając też o romans, a wszystko rozgrywa się na lekko ziarnistym obrazie. Można się również pokusić o nazwanie „Miles Davis i ja” ukłonem w stronę nurtu blaxploitation – czarnoskóry reżyser mówi o czarnoskórym artyście, gdzie zło stanowią biali w garniturach chcący żerować na talencie muzyka.

Cheadle ma ogromny szacunek do swojego bohatera, choć nie stara się tuszować jego wad. Twórca wielką miłością darzy również muzykę Davisa wypełniając film jego utworami, które bezbłędnie oddają emocje danych scen. Bogata dyskografia trębacza pozwoliła reżyserowi dobrać odpowiednie nuty dla każdej z sekwencji. To, że „Miles Davis i ja” w dużej mierze buduje właśnie muzyka udowadnia też końcówka dzieła, gdzie Mistrz wychodzi na scenę. Nie ma tu takiej dramaturgii, jak np. w „Whiplash”, ale dźwięki opowiadają więcej, niż jest to w stanie uczynić warstwa wizualna. Można to zresztą odnieść do całego filmu.

Ocena: 3/5

Robert Skowronski
Tagi: Recenzje