18.07.2019 16:50
18.07.2019 16:50

Jim Jarmusch to jeden z nielicznych reżyserów, który w perfekcyjny sposób wykorzystuje kino autorskie, by trafić do szerszego grona odbiorców. Produkcje takiej jak "Kawa i papierosy" czy "Broken Flowers" przeszły do historii kina i w wielu kręgach stały się kultowe. Nic dziwnego, że na najnowszy film Jarmuscha widzowie czekali z niecierpliwością. W końcu się doczekali i do kin trafiła produkcja pod tytułem "Truposze nie umierają". Czy nowa propozycja twórcy "Patersona" przypadnie do gustu fanom jego twórczości? 

Tym razem Jarmusch postanowił wziąć na warsztat horror o zombie. Fabuła, jak to w przypadku tego typu filmów nie jest zbyt skomplikowana. Na skutek globalnej anomalii na całym świecie martwi wracają do życia. Główni bohaterowie muszą stawić czoła pladze nieumarłych. Tak w zasadzie można streścić "Dead Don't Die", ale każdy, kto widział chociaż jeden film Jarmuscha, wie, że u tego twórcy najważniejszy jest specyficzny klimat, relacje pomiędzy postaciami oraz zabawne i nieoczywiście mądre dialogi. Tych elementów w najnowszej produkcji nie brakuje.

Truposze nie umierają Fot. foto: Truposze nie umierają

Akcja rozgrywa się w typowym sennym amerykańskim miasteczku. Wszyscy mieszkańcy się znają i regularnie spotykają w jedyny działającym barze. Zażyłość jest tak dużą, że dobrze żyją ze sobą nawet farmer o rasistowskich poglądach (Steve Buscemi) oraz czarnoskóry właściciel lokalnego sklepu z narzędziami (Danny Glover). Nad porządkiem czuwa trójka policjantów - szeryf Cliff Robertson (Bill Murray) oraz funkcjonariusze Ronnie Peterson (Adam Driver) i Mindy Morrison (Chloë Sevigny). Ich obowiązki ograniczają się zazwyczaj do poszukiwania zaginionych kurczaków i pouczania miejscowego włóczęgi zwanego Pustelnikiem Bobem (Tom Waits). Do czasu. Pewnego dnia sielanka zmienia się w koszmar rodem z horroru z lat 60. XX wieku.
Policjanci odkrywają, że miasteczko zostało opanowane przez plagę zombie. Wkrótce większość mieszkańców zmienia się w nieumarłe trupy łaknące ludzkiego mięsa. W walce pomaga im tajemnicza właścicielka domu pogrzebowego, nadzwyczaj umiejętnie posługująca się kataną -  Zelda Winston (Tilda Swinton)

Truposze nie umierają Fot. foto: kadr z filmu Truposze nie umierają

Jarmusch postanowił złożyć hołd kinu poświęconemu zombie i przedstawił żywe trupy w klasycznym ujęciu. Dodał jednak coś od siebie - poza krwiożerczymi zapędami nieumarli mają ogromny pociąg do uzależnień, które kierowały nimi za życia.Klasyczne ujęcie zombiaków nie dotyczy jedynie wyglądu, sposobu poruszania się, czy działania, ale również sfery symbolicznej. Żywe trupy w popkulturze od samego początku pełnią funkcję metafory konsumpcyjnego stylu życia, ludzkiej zachłanności i są krytyką kapitalizmu. W "Dead Don't Die" jest tak samo. Reżyser postanowił jednak wzbogacić ten symbol o nowe, współczesne znaczenia. Robi to nie tylko w sposobie ukazywania zombie. Cały film jest jedną wielką hiperbolą otaczającego nas świata i jego najbardziej palących problemów.

Tarapaty, w jakie wpadł świat drobnych szczegółach, na przykład napisie na czapce Farmera Millera "Keep America White Again", który zresztą myśli, że atakujący go nieumarli to uchodźcy, katastrofie naturalnej spowodowanej beztroską eksploatacją planety, doprowadzającej do apokalipsy zombie czy ogólnej nieufności oficjalnym przekazom medialnym. Ważną funkcję pełnią też Stella (Maya Delmont), Olivia (Taliyah Whitaker) i Geronimo (Jahi Di'Allo Winston) - sprytni nastolatkowie, którzy symbolizują nadzieję pokładaną w młodszych pokoleniach. Mało tego, cały film jest naszpikowany odniesieniami do klasyki filmów o zombie, popkultury oraz niemal wszystkich dzieł Jarmuscha. To jednak nie koniec. "Truposze nie umierają" to produkcja metatekstualna. W kilku momentach bohaterowie doskonale zdają sobie sprawę z tego, że biorą udział w filmie Jarmuscha. Jak zwykle pojawiają się elementy typowe dla kina tego reżysera. Nie chodzi jedynie o powracających aktorów, którzy grali w jego poprzednich produkcjach, ale również charakterystyczne dialogi, czy występy gościnne występy sławnych muzyków.

Truposze nie umierają Fot. foto: kadr z filmu Truposze nie umierają

Jarmusch po raz kolejny udowodnił, że jest prawdziwym artystą, ponieważ w jego najnowszym dziele wszystko łączy się w spójną całość. Mimo zabiegów, które raczej nie pojawiają się w typowych kinowych hitach, "Truposze nie umierają" są najbardziej przystępnym filmem reżysera. Zrealizowano go w taki sposób, że przyjemność z seansu będą czerpali wymagający widzowie, jak i osoby, które na kinie się raczej nie znają. Wszystko dlatego, że przedstawioną historię można odczytywać na kilku poziomach. Chociaż nie jest to najlepszy film Jarmusha, zdecydowanie zasługuje na uwagę.

Ocena: 8,5

Sergiusz Kurczuk
Sergiusz Kurczuk Redaktor antyradia
Polub Antyradio na Facebooku
CZYTAJ TAKŻE
Logo 18plus

Ta strona zawiera treści przeznaczone tylko dla dorosłych jeżeli nie masz ukończonych 18 lat, nie powinieneś jej oglądać.