25.01.2016 16:01

AntyTeza: David Bowie - Let's Dance

Niby 10 milionów sprzedanych egzemplarzy, niezapomniane przeboje, ale czy taki album przystoi androgynicznemu kosmicie i twórcy trylogii berlińskiej? Jak to w końcu jest z tym „Let's Dance” Bowiego? Przekonajmy się.

AntyTeza: David Bowie - Let's Dance
foto: materiały prasowe

AntyTeza to cykl, w którym prezentujemy kontrowersyjne płyty znanych i cenionych artystów. Po latach można na nie spojrzeć w nowym świetle, z szerszej perspektywy, bez niesprzyjających okoliczności. Czy to naprawdę nieudane albumy? Postaramy się przyjrzeć problemowi z różnych stron i sprzeciwić utartym tezom.

Lata siedemdziesiąte Thin White Duke zakończył na najwyższym poziomie - jego słynna trylogia berlińska stanowiła nowatorskie dzieło. Przygotowane z pomocą Briana Eno krążki „Low”, „Heroes” i „Lodger” zostały docenione przez krytykę, a po latach stały się inspiracją dla wielu innych artystów, nigdy jednak nie były komercyjnymi przebojami.

Dlatego też wkroczywszy w nową dekadę, David Bowie kolejny raz porzucił obraną wcześniej drogę i wyruszył w zupełnie nowym kierunku. Album „Scary Monsters (And Super Creeps)” był już nieśmiałym zwrotem w bardziej piosenkową stronę. Pamiętny teledysk do utworu „Ashes to Ashes” wyraźnie zaznaczył swoją obecność w mediach i stanowił pewną zapowiedź tego, co dopiero miało nadejść.

Płyta dotarła do pierwszego miejsca na brytyjskiej liście sprzedaży, a także przywróciła mu silną pozycję w Stanach Zjednoczonych. Bowie postanowił pójść odważniej w tym kierunku. Podziękował za współpracę Tony'emu Viscontiemu (wbrew obiegowej opinii to on, a nie Brian Eno produkował trylogię berlińską), co zaowocowało niemal 20 letnią przerwą w ich muzycznej przyjaźni. Muzyk miał już jednak na oku nową ekipę.

Przede wszystkim Ziggy Stardust dogadał się tym razem z Nile'em Rodgersem. Współzałożyciel Chic został ostatecznie producentem nowego krążka i był to dla niego początek całej serii zleceń z największymi: od będących u szczytu sławy Duran Duran, przez Madonnę i INXS, po Micka Jaggera i Grace Jones. Legenda głosi, że Bowie pokazał Rodgersowi, co chce osiągnąć na nowym krążku, przy pomocy zdjęcia Little Richarda w czerwonym Cadillacu.

Kolejnym ważnym ruchem było zaproszenie do roli głównego gitarzysty Steviego Raya Vaughana. Słynny teksański muzyk został zauważony przez Thin White Duke'a na koncercie w kasynie w szwajcarskim Montreux. Vaughan ostatecznie zagrał w sześciu z ośmiu utworów zawartych na „Let's Dance”. Bowie od początku planował tę płytę jako dzieło stricte wokalne, dlatego też - nietypowo jak na siebie - nie zagrał na żadnym instrumencie.

„Let's Dance” to jedna z tych płyt, które od samego początku nie pozostawiają złudzeń i mówią nam o sobie wszystko. Już otwierający ją „Modern Love” zdradzał rozdmuchane, popowe ambicje wokalisty. Czyste dźwięki klawiszy (nie to co pokrętne „Ashes to Ashes”), zmiękczające brzmienie saksofonu, na potęgę eksploatowane wielogłosy - wszystko jest tu na swoim miejscu, tworząc swego rodzaju archetyp popowego przeboju lat osiemdziesiątych. A przecież to dopiero początek.

Najbardziej spektakularne hity pojawiają się dopiero po chwili. „China Girl” to kompozycja przyjaciela Bowiego, Iggy'ego Popa, którą lider The Stooges przygotował na swój solowy debiut „The Idiot”. Wersja Ziggy'ego Stardusta dość znacząco różni się od oryginału i raczej nie znalazłaby się na płycie, po której Ian Curtis popełnił samobójstwo. Choć melodia pozostała zasadniczo niezmieniona, wersja Popa jawi się przy spektakularnym przeboju Bowiego niczym jakaś demówka.

Wszystko to jednak blednie w obliczu najbardziej ogranego kawałka tytułowego. Trudno się jednak dziwić jego sukcesowi i trudno nie zakochać się w jego skradanym rytmie oraz solówce Steviego Raya Vaughana. To kawałek, który do dziś nikogo nie pozostawi na parkiecie obojętnym. Jedyny problem, jaki można z nim mieć, to akceptacja, że Bowie nagle odnalazł swoje miejsce... właśnie na parkietach.

Trzy utwory, które zapewniły temu albumowi 10-milionową sprzedaż i wywindowały brytyjskiego wokalistę na szczyty popularności, pozwalają już zmierzyć się z głównym problemem, jaki można mieć z tą płytą. Miłośnicy ambitniejszych dokonań Bowiego z lat siedemdziesiątych nie zaakceptowali „Let's Dance”, zarzucając artyście, że zaprzedał swoje ideały i zrobił dosłownie wszystko, by przypodobać się masom.

Tak naprawdę jednak to nie w tym materiale tkwi największy problem, lecz w nieodpowiednim podejściu do niego. Wszystkie trzy single z tej płyty stanowią popową ekstraklasę lat osiemdziesiątych, która poniekąd je ukształtowała. To nie jest pop, na który się narzeka - ten Bowie pokazał dopiero na dwóch następnych albumach. „Let's Dance” to pop, który należy po prostu chłonąć jak na dobrze skrojoną, komercyjną muzykę przystało.

Ale żeby nie było, że „Let's Dance” to tylko te trzy sławne utwory. Najbardziej niedoceniona perła w tym zestawie to cover „Criminal World” zespołu Metro. Choć już oryginalnie przejawiała duży potencjał, dopiero z funkującym basem i melancholijnym syntezatorem w tle rozbłysła pełnym blaskiem.

Uwagę zwraca też nowa wersja „Cat People (Putting Out Fire)” skomponowanego dla Bowiego przez Giorgio Morodera na potrzeby filmu „Ludzie-koty” Paula Schradera. W tym wydaniu o wiele lepiej komponuje się z resztą albumu i zapada w pamięć. Szczególnie po pamiętnej scenie z „Bękartów wojny” Quentina Tarantino, w której został wykorzystany.

Jest tu też sympatyczna ballada „Without You”, ale i dwa ewidentne zapychacze - „Ricochet” i „Shake It” - z których najbardziej pozostają w pamięci irytujące chórki i powtarzane w nieskończoność frazy. Jak na ewidentnie popowy krążek, zaledwie dwa zapychacze to i tak niezły wynik.

Można oczywiście uważać „Let's Dance” za ograne do znudzenia, szczególnie że po śmierci Bowiego to pewnie głównie kawałki z tego albumu będą szturmować wszelkiego rodzaju listy przebojów wszech czasów. Jednak jeśli ktoś zarzuca temu albumowi bezwstydny koniunkturalizm, powinien zastanowić się nad tym, jak wyglądała cała kariera muzyka.

Jeśli już chcemy doszukiwać się problemu z „Let's Dance”, niech będzie nim to, że wprowadziła Thin White Duke'a na drogę kompletnego zagubienia, przez co albumom „Tonight” i „Never Let Me Down” można by już zarzucić o wiele więcej. Ale do nich już lepiej nie wracajmy...

Jakub Gańko
Tagi: Duperele David Bowie AntyTeza