01.04.2016 15:49

AntyTeza: Deftones - Saturday Night Wrist

Tej płyty nienawidzi sam lider zespołu, Chino Moreno. Również krytyka i wyniki sprzedaży nie były dla niej zbyt łaskawe. Czy to naprawdę tak nieudana produkcja?

AntyTeza: Deftones - Saturday Night Wrist
foto: materiały prasowe

AntyTeza to cykl, w którym prezentujemy kontrowersyjne płyty znanych i cenionych artystów. Po latach można na nie spojrzeć w nowym świetle, z szerszej perspektywy, bez niesprzyjających okoliczności. Czy to naprawdę nieudane albumy? Postaramy się przyjrzeć problemowi z różnych stron i sprzeciwić utartym tezom.

Kiedy w oczekiwaniu na album „Gore” słuchaliśmy niedawno w redakcji serwisu Antyradio.pl niemalże całej dyskografii Deftones, nasz redaktor naczelny przyznał w pewnym momencie, że ta grupa nie nagrała nigdy żadnej złej płyty. Bez potrzeby głębszego zastanowienia przytaknęliśmy od razu, że podzielamy jego opinię. Gdyby jednak wybrać jakiś krążek, który nie spotkał się z najlepszym przyjęciem? Chino Moreno sam ułatwił nam zadanie.

W jednym z wywiadów udzielonych przed premierą długo oczekiwanego następcy „Koi no yokan” z 2012 roku, wokalista amerykańskiej grupy przedstawił szczegóły swojej narkotykowej przeszłości. Okazało się, że jej najgorsze momenty przypadały właśnie na okres nagrywania „Deftones” i „Saturday Night Wrist”. Muzyk przestał wierzyć we własne umiejętności i ulegał wpływom innych, przez co nie jest dziś w stanie spojrzeć przychylnym okiem na oba te krążki.

Nie od dziś wiadomo, że piąty album zespołu rodził się w prawdziwych bólach. Wytwórnia naciskała na jak najszybsze rozpoczęcie prac w obliczu kiepskiej sprzedaży poprzednika. Choć album „Deftones” zaliczył najlepszy debiut w historii grupy - 2. miejsce na liście Billboardu - i ostatecznie otrzymał złotą płytę, wynik ten pozostawiał wiele do życzenia w obliczu platynowych osiągnięć trzech wcześniejszych wydawnictw.

Pierwsze problemy pojawiły się już na etapie poszukiwania producenta płyty: zespołowi marzyła się współpraca z Kenem Adrewsem z Failure lub Rickiem Ocaskiem z The Cars, obaj jednak byli zajęci innymi projektami. Wybrańcem został więc Dan the Automator znany ze współpracy m.in. z Gorillaz, Kasabian i DJ-em Shadowem. Współpraca potrwała niecały tydzień. Ostatecznie produkcją zajął się Bob Ezrin, całe zamieszanie jednak dobitnie ukazuje, że problemy w Deftones odbiły się wyraźnie na kształcie materiału.

Nic dziwnego, że kłócący się ciągle z producentem Chino Moreno postanowił zrobić sobie przerwę od tego bałaganu i zajął się projektem pobocznym - w tym czasie został wydany owiany legendą debiut Team Sleep, do dziś pozostający jedynym pełnowymiarowym wydawnictwem grupy. Gdy po roku muzycy powrócili do nagrań, pieczę nad pracami objął Shaun Lopez, a prace nabrały zupełnie nowego wymiaru, zrezygnowawszy w dużej mierze z poprzednich efektów.

Na podstawie tych wszystkich obserwacji można przyznać rację Moreno: faktycznie sprawia wrażenie zagubionego w tej historii, ponadto niepewnego co do tego, co chciał osiągnąć. Z pewnością też był to wyjątkowo nieprzyjemny okres w jego życiu - oprócz problemów z używkami, wokalista przechodził również przez rozpad swojego małżeństwa. Prawdopodobnie nie były to łatwe chwile, ale czyż prawdziwy artysta to nie artysta krwawiący? Historia rocka wielokrotnie pokazała, że właśnie pod wpływem depresji i życiowych zakrętów powstają największe dzieła.

Kłopoty z życia prywatnego i zespołowego stanowiły wyraźną inspirację dla tekstów na „Saturday Night Wrist”, co widać już po singlowym „Hole in the Earth”. Utwór był wyrazem frustracji związanych z przeciągającym się procesem nagrywania, ale i zwyczajnego, ludzkiego wkurzenia na kolegów z zespołu. Na końcu muzyk dawał jednak nadzieję, że sytuacja znajdzie jeszcze pozytywne rozwiązanie.

"

Nienawidzę wszystkich moich przyjaciół
Każdy z nich ma czasem zły gust
(...)
Nienawidzę wszystkich moich przyjaciół
Przeczekam to gdzieś "

„Saturday Night Wrist” bywa nazywane przez fanów rozwodnionym „White Pony”, ale czy zespołowi nie należałaby się jeszcze większa krytyka, gdyby odcinał kupony od swojego najpopularniejszego dzieła i starał się nagrać je ponownie? Tymczasem piąty album Deftones stawia zdecydowanie na różnorodność i eksperymenty. Wystarczy posłuchać spokojnego, nastrojowego utworu instrumentalnego „U,U,D,D,L,R,L,R,A,B,Select,Start”, w którym na gitarze nietypowo zagrał sam Moreno. Mimo nowoczesnej produkcji nie brakuje w nim ducha godnego blues rocka.

Choć występy gościnne innych artystów to nic nowego w świecie Deftones - na „White Pony” pojawił się sam Maynard James Keenan, a na „Around the Fur” Max Cavalera - nie sposób było nie zwrócić uwagi na gościa, który pojawił się w utworze „Mein”. W chwili wydania tej płyty Serj Tankian był chwilę po rozwiązaniu System of a Down i oczy całego świata były zwrócone na jego dalsze poczynania. Mimo to wydany na singlu „Mein” nie podbił list przebojów.

Z kolei drugi gość na albumie, Annie Hardy z grupy Giant Drag, wystąpiła w jednym z najbardziej kontrowersyjnych kawałków w całym dorobku Deftones. Wielu fanów do dziś nie potrafi zrozumieć, po co w ogóle powstał ten utwór, a w niektórych wydaniach „Saturday Night Wrist” pojawił się w wersji ocenzurowanej. Czemu? Tylko zerknijcie na ten tekst...

"

Brudne, tłuste zjazdy na ręcznym w przydrożnych toaletach
Hot Karling wszędzie dookoła
Hot Karling, zrobiłam z tego czasownik, mam nadzieję, że docenisz
Akademia Hot Karlingu, to taka szkoła, gdzie idziesz
Nauczyć się ruch*nia w dupę
To się znajduje w Anglii. Tam się nie robi loda, bo faceci są nieobrzezani
A to okropne, więc trzeba się ruch*ć w dupę
Co też jest okropne, bo to wszystko zostaje potem na skórze
Drobnoustroje, kupa i inne pozostałości
To grzech i dlatego Brytyjczycy mają brzydkie zęby
Amen "

...ale pomijając te małe obrzydlistwa, „Saturday Night Wrist” to zdecydowanie najprzystępniejsza płyta w dyskografii Deftones. Nie od dziś wiadomo, że Chino Moreno wywodzi się ze środowiska new romantic i choć uwielbia narkotyczne odjazdy, głośne darcie i wszelkie mroczne nastroje, w gruncie rzeczy zawsze miał słabość do po prostu ładnych melodii. Dowodzi tego choćby obecny w iTunesowym wydaniu cover „Drive” The Cars. Bardziej ewidentne byłoby chyba tylko scoverowanie Duran Duran. A nie, czekajcie...

Czy to naprawdę takie złe, że na jedną płytę Deftones postanowił uwypuklić swój niewątpliwy talent do melodii i bardziej nastrojowych kompozycji? Szczególnie gdy są to takie utwory jak przejmujące „Cherry Waves” i „Xerces”? Przecież nie brakuje w nich charakterystycznej dla innych dokonań zespołu atmosfery. A jak komuś brakuje czadu i energii, to zapraszamy do posłuchania „Rats!Rats!Rats!” - przecież to jeden z najbardziej odjechanych kawałków w całym dorobku tej grupy...

Nie podejmujemy się klasyfikowania płyt Deftones od najlepszej do najgorszej - jak już wyznaliśmy, w zgodnej opinii naszej redakcji ten zespół nie nagrał nigdy żadnego złego krążka. I „Saturday Night Wrist” z pewnością takim albumem też nie jest. Prawdopodobnie jest za to najbardziej zróżnicowanym dziełem tej kapeli. I nawet jeśli momentami nieco zagubionym, to taki stan pasuje naszym zdaniem jak ulał do formacji Chino Moreno.

A co Wy sądzicie o „Saturday Night Wrist”?

Jakub Gańko
Tagi: Duperele Deftones AntyTeza