15.03.2016 15:57

AntyTeza: Megadeth - Youthanasia

W połowie lat dziewięćdziesiątych większość zespołów thrashmetalowych zaczęła eksperymentować. Dokąd ta droga zawiodła Megadeth na „Youthanasii”?

AntyTeza: Megadeth - Youthanasia
foto: materiały prasowe

AntyTeza to cykl, w którym prezentujemy kontrowersyjne płyty znanych i cenionych artystów. Po latach można na nie spojrzeć w nowym świetle, z szerszej perspektywy, bez niesprzyjających okoliczności. Czy to naprawdę nieudane albumy? Postaramy się przyjrzeć problemowi z różnych stron i sprzeciwić utartym tezom.

Jak wspominaliśmy przy okazji 20-lecia płyty „Refresh the Demon” grupy Annihilator, połowa lat dziewięćdziesiątych nie była dobrym okresem dla thrash metalu. Większość zespołów, które święciły triumfy pod koniec poprzedniej dekady, szukała możliwości do eksperymentowania, czy też - jak stwierdziliby niektórzy - nowych dróg dotarcia do mediów i poszerzenia grona słuchaczy.

Najlepszym przykładem jest tutaj Metallica, choć ciężko posądzać ten zespół o komercjalizację po nagraniu - było nie było - najlepiej sprzedającej się płyty od 1991 roku. Mimo sukcesu, to po wydaniu „Czarnego albumu” James Hetfield i spółka zdecydowali się obrać zupełnie inny kierunek, który doprowadził do wzbudzającej po dziś dzień kontrowersje dylogii „Load” / „Reload”. Grupa sięgnęła po hard rocka, alternatywę, a nawet country.

Choć Dave Mustaine od dawna nie miał już wtedy nic wspólnego z Metallicą, jego grupa dotrzymywała jej kroku. Niespełna rok po „Czarnym albumie” ukazało się opus magnum Megadeth w postaci płyty „Countdown to Extinction”. Krążek do dziś pozostaje klasyką gatunku, ale i na listach sprzedaży nie miał sobie potem równych w dyskografii zespołu. Znalazł się też na nim prawdopodobnie najbardziej znany kawałek grupy, „Symphony of Destruction”.

Po tym sukcesie rudowłosy gitarzysta zdawał sobie jednak sprawę - podobnie jak jego dawni koledzy - że potrzeba zmian. Świat żył już grunge'em, pojawiało się coraz więcej muzyki alternatywnej, powoli dochodziły do głosu nu metal i britpop. Na szczęście Megadeth nie postanowił wpasować się na siłę w żadną z tych szufladek, jednak nowa droga, którą podążył, wzbudziła wystarczającą nieufność dotychczasowych fanów...

Ci przede wszystkim zarzucali Mustaine'owi zdradę dawnych ideałów i odwrót od klasycznego thrashu. Dla skrajnych ortodoksów „Youthanasia” w ogóle nie miała nic wspólnego z metalem. Zaszufladkowanie tego albumu rzeczywiście może sprawiać trudności, a wątpliwości nie potrafił rozwiać nawet sam lider grupy.

"

Niektórzy mówili, że to thrash metal, inni nazywali go albumem rockowym, a jeszcze inni dolepiali mu nawet etykietkę alternatywnego. Dla mnie to jest po prostu płyta Megadeth. To powinno wszystkim wystarczyć. "

Temu nie da się akurat zaprzeczyć - jest tu wciąż i charakterystyczny głos Mustaine'a, jak i wyrazisty bas Ellefsona. Jednak same metody pracy nieco się już różniły od tego, do czego wcześniej przyzwyczajona była kapela. Cały materiał powstał w studiu, grupa nie wzorowała się na poprzednich dokonaniach, ani nie wyciągała z szafy odrzutów do doszlifowania. Lider starał się też dać muzykom więcej wolności, dzięki czemu po latach nazywał swój szósty album osiągnięciem całego zespołu.

Jednak jak z tą wolnością naprawdę było, możemy się domyślać choćby z wypowiedzi muzyków, którzy współpracowali z nim w późniejszych latach: Chrisa Brodericka i Shawna Drovera. Faktem jest, że sytuacja w zespole już wtedy bywała dość napięta, a jego członkowie kłócili się zarówno o kształt powstającego materiału, jak i o to, gdzie ma być rejestrowany. Biorąc pod uwagę tę sytuację tym bardziej można być pełnym podziwu dla płyty, która ostatecznie powstała.

Bo nawet jeśli nie jest to już thrash metal, naprawdę ciężko powiedzieć, że w ogóle to nie jest już metal. „Youthanasia” jest bliższa tej muzyki niż późniejsze dokonania Metalliki. To nadal ciężkie brzmienia, tyle że z dbałością o chwytliwość. Na tym krążku znalazły się prawdopodobnie najbardziej zapadające w pamięć refreny w karierze Megadeth. Komercja? Nie do końca, zwłaszcza że w 1994 roku komercyjny rock i metal zapatrywał się na grunge albo wprowadzał rap. Droga Mustaine'a wcale nie była tak oczywista.

Również gdy Megadeth nagrał przeboje, nie były one typowymi hitami do radia. Taki potencjał z pewnością miał utwór „Family Tree”, którego refren „pozwól mi pokazać jak bardzo cię kocham” od razu zostaje w głowie. Idealna piosenka miłosna wymierzona w mainstream? No nie do końca, bo chwilę potem wokalista dodaje „zatrzymajmy to w rodzinie”, dając jednoznacznie do zrozumienia, że ma na myśli kazirodztwo.

Nic więc dziwnego, że do promocji wydawnictwa wybrano inny kawałek - faktycznie mający największy zasięg rażenia „À Tout le Monde”. Okazało się jednak, że i ten utwór wzbudził mnóstwo kontrowersji, a MTV nie chciało grać promującego go teledysku, twierdząc, że namawia do samobójstwa. Dave Mustaine musiał tłumaczyć, że miał na myśli zupełnie co innego.

"

Kiedy umiera bliska ci osoba, zdarza się, że pozostają niedopowiedzenia. Chciałbyś mieć szansę, by coś jej przekazać i właśnie o tym jest ten utwór. O tym, co powiedziałbym ludziom, gdybym miał kilka sekund przed śmiercią. Całemu światu, wszystkim moim przyjaciołom: kocham was wszystkich, ale teraz muszę odejść. To ostatnie słowa, jakie wypowiem i one dadzą mi wolność. Nie muszę przepraszać, ani mówić, że będę za nimi tęsknił. Po prostu powiedziałbym, że wszystkich was kochałem. "

To doskonale tłumaczy, czemu muzyk był wściekły, gdy w 2006 roku Kimveer Gill dokonał masakry w kanadyjskim Dawson College, powołując się na kawałek Megadeth. Tym samym wywrócił do góry nogami piękne i w pełni pokojowe - jak się okazuje - przesłanie utworu.

Jednak to wcale nie tak, że Megadeth zupełnie spuścił z tonu na swoim szóstym krążku na rzecz power ballad. Otwierający go „Reckoning Day” może i nie zasługuje na miano najlepszego „otwieracza” w historii metalu, ale z pewnością jest jedną z agresywniejszych wejściówek w dyskografii Mustaine'a i zwraca uwagę solidnym riffem. Nie ustępuje mu też singlowy „Train of Consequences”, który doczekał się przetwarzającego motyw z okładki teledysku.

Nawet jeśli np. w tytułowym utworze słychać odległe echa Alice in Chains, ciężko posądzać Megadeth o koniunkturalizm. To w dalszym ciągu ten sam zespół: z nieco mniej wyeksponowanym basem, czystszą produkcją i flirtami z klasycznym heavy metalem. Jednak takie momenty jak „Addicted to Chaos” przekonują tylko, że wszystkie te świeże elementy wyszły mu na dobre.

Zespół potrafił nawet pomysłowo zwieńczyć swój szósty album, zamiast przepełniać go typowymi wypełniaczami. Utwór „Victory” to zgrabna wiązanka nawiązań do tytułów albumów i utworów z przeszłości (zadbano nawet o taki detal jak śmiech, gdy pada słowo „Lucretia”). Muzycznie też nie zawodzi, galopując aż do efektownej solówki gitarowej.

Czemu więc ludzie tak kręcą nosem na „Youthanasię”? Z perspektywy czasu recepcja tego krążka uległa znacznej poprawie, a znacznie więcej krytyki zebrali jego następcy: „Cryptic Writings” czy „Risk”. Jednak sam David Ellefson spytany o najbardziej niedocenione dzieło Megadeth, wskazał właśnie szósty album - ze szczególnym uwzględnieniem utworów „Family Tree” i „Addicted to Chaos”.

Muzyk wyznał wówczas, że bardzo długo nie wracał do tego materiału i potrzebował czasu, by docenić jego poziom. My też polecamy takie podejście. Jeśli niegdyś narzekaliście na „Youthanasię”, spróbujcie dać jej drugą szansę. Może tym razem Was przekona?

Dajcie nam znać, jak ją wspominacie z takiej perspektywy.

Jakub Gańko
Tagi: Duperele Megadeth AntyTeza