15.04.2016 16:00

AntyTeza: Nine Inch Nails - Year Zero

Piąty pełnowymiarowy krążek Trenta Reznora uznaje się za punkt zwrotny w karierze Nine Inch Nails. Fani do dziś są podzieleni w opiniach na jego temat. Czy „Year Zero” to przerost formy nad treścią?

AntyTeza: Nine Inch Nails - Year Zero
foto: materiały prasowe

AntyTeza to cykl, w którym prezentujemy kontrowersyjne płyty znanych i cenionych artystów. Po latach można na nie spojrzeć w nowym świetle, z szerszej perspektywy, bez niesprzyjających okoliczności. Czy to naprawdę nieudane albumy? Postaramy się przyjrzeć problemowi z różnych stron i sprzeciwić utartym tezom.

Tak naprawdę za punkt graniczny w dorobku Nine Inch Nails należałoby pewnie uznać koncertówkę „And All That Could Have Been” - to po trasie, którą dokumentowała, Reznor udał się na odwyk i znacznie uspokoił swoje życie, co znalazło też odzwierciedlenie w jego twórczości. Wydany sześć lat po „The Fragile” album „With Teeth” był bardziej piosenkowy i pełny melodii niż jakiekolwiek wcześniejsze wydawnictwo zespołu.

Ciężko mieć o to do Reznora pretensje: po wydaniu takiego kolosa jak „The Fragile”, który do dziś przytłacza brzmieniową maestrią i kompozycyjnym szaleństwem, droga mogła być już tylko jedna. Szczególnie że obok nowego trybu życia muzyk zdecydował się na nowe grono współpracowników, wśród których zabrakło m.in. Charliego Clousera, który wespół z Keithem Hillebrandtem spędził długie godziny na wyszukiwaniu setek (tysięcy?) sampli, które później wzbogacały aranżacje na „The Fragile”.

Jednak różnica brzmieniowa między tymi dwoma albumami nie była jeszcze aż tak kolosalna, jak rewolucja, którą wprowadził „Year Zero”. W jego kontekście „With Teeth” do dziś jawi się jako ostatnie dzieło Reznora, na którym tak wielką rolę odgrywały - mimo wszystko - organiczne brzmienia, w tym żywe gitary i perkusja (na której notabene zagrał sam Dave Grohl). Po tym krążku na całego poszły już w ruch laptopy, co wielu fanów miało Reznorowi za złe. Bo choć elektroniki w NIN nigdy nie brakowało, to ona była fundamentem „Year Zero”, na dodatek kierując zespół w bardziej taneczną stronę...

Różnica związana z 5. albumem Nine Inch Nails wynikała zapewne też z nowego stylu pracy: to już nie był Reznor siedzący pięć lat w studiu, na zmianę grając na fortepianie depresyjne melodie i zapijający swój egzystencjalny ból, lecz zupełnie nowy, zorganizowany muzyk, który był w stanie tworzyć nowy materiał na komputerze w trakcie wyczerpującej trasy koncertowej. Trasy, która zdawała się nie mieć końca: w latach 2005-2009 zespół zagrał więcej występów niż przez wcześniejsze 16 lat działalności!

Materiał, który powstaje w taki sposób, często charakteryzuję się właśnie większą agresją i dynamiką, wynikającą z regularnym obcowaniem z koncertowym żywiołem. Przekonali się o tym sami muzycy NIN: wystarczy porównać sobie synthpopowy debiut „Pretty Hate Machine” z wydaną po trzech latach koncertowania EP-ką „Broken”, która do dziś stanowi najbrutalniejsze wydawnictwo w dorobku zespołu. „Year Zero” też jest na swój sposób brutalne, ale nie było w stanie wyrzec się swego MacBookowego rodowodu.

I w ten sposób dochodzimy do największej zmiany, jaka zaszła na 5. płycie. Trent Reznor zasłynął jako „papież samobójców”, depresyjny psychopata, który nagrywa nihilistyczne concept albumy i szalonym aranżacjom dopisuje opisujące kolejne porażki teksty. Ludzie, którzy się z nimi identyfikowali, stanowili z pewnością lwią część milionów, które kupiły jego poprzednie albumy. Tymczasem na „Year Zero” po takim podejściu do życia nie ma praktycznie śladu. A nawet jeśli są jakieś jego przebłyski, wpisują się w o wiele szerszą narrację.

Założenia „Year Zero” były bowiem niezwykle ambitne. Oto bowiem pierwszy raz lider Nine Inch Nails postanowił wykreować własny świat: świat Stanów Zjednoczonych roku 2022. Podczas gdy w telewizji pojawił się serial „Jericho”, który prawdopodobnie najlepiej oddawał amerykańskie paranoje po 11 września 2001 i następstwach ustawy Patriot Act, w umyśle Trenta Reznora rodziła się bardzo podobna, apokaliptyczna wizja.

W wymyślonej przez niego dystopijnej rzeczywistości rząd kontroluje i śledzi swoich obywateli na każdym kroku, m.in. zatruwając wodę uzależniającym środkiem parepin, dzięki któremu łatwiej nimi manipuluje i kontroluje demografię. Na skutek ciągłych wojen Ziemia jest bliska ruiny, przy czym nie zabrakło nawet nadprzyrodzonego wątku tzw. The Presence - swoistej „ręki Boga”, którą widzimy na okładce płyty. Jak udało się zmieścić tyle koncepcji na - długiej, bo długiej, ale wciąż - jednej płycie? No nie dało się.

Ocenianie „Year Zero” wyłącznie przez pryzmat zawartej na nim muzyki wydaje się wręcz niesprawiedliwe, biorąc pod uwagę rozmach całej kampanii towarzyszącej wydaniu płyty. Entuzjazm, z jakim fani Nine Inch Nails przekopywali pół internetu na początku 2007 roku w poszukiwaniu kolejnych elementów futurystycznej układanki, rozgrzewał fora internetowe zespołu do nieznanych wcześniej poziomów. Do dziś wydaje się to być jedna z najwymyślniejszych akcji promocyjnych związanych z albumem muzycznym. A zaczęło się niepozornie od jednej koszulki...

Pewien fan zwrócił uwagę, że po wpisaniu w wyszukiwarkę internetową hasła „I am trying to believe” z kupionego na koncercie t-shirta, można trafić na tajemniczą stronę, która wkrótce okazała się istną „króliczą norą” do innego świata. Reznor we współpracy z firmą 42 Entertainment zadbał o spreparowanie całej serii witryn, które pozwoliłyby fanom Nine Inch Nails wczuć się w klimat wykreowanego przez niego uniwersum. Internet był jednak zaledwie początkiem... Kolejne ślady ukrywano m.in. na billboardach czy w widmach spektograficznych nowych utworów.

Ukoronowaniem całej akcji było tajemnicze spotkanie Art Is Resistance - futurystycznego ruchu oporu z uniwersum „Year Zero” - w Los Angeles, które zakończyło się koncertem-niespodzianką. Co samo w sobie byłoby świetną inicjatywą, ale Reznorowi wciąż było mało i zainscenizował brutalne wkroczenie oddziału antyterrorystycznego, który przerwał całą imprezę. A oprócz szukania nowych informacji w internecie, nagle na celowniku fanów przed koncertami stały się... toalety.

To właśnie w nich ukrywano pendrive'y, na których można było znaleźć nowe utwory. Pierwszym kawałkiem, który poznaliśmy w ten sposób, był pełen zgrzytliwych brzmień „My Violent Heart”. Z kolei jeśli zadzwoniliśmy pod specjalny numer telefonu, gdzie czekało na nas spreparowane nagranie nawiązujące do fabuły całej zabawy, mogliśmy posłuchać fragmentu pierwszego singla, „Survivalism”. I tu niestety zaczęły się pojawiać pierwsze wątpliwości, czy muzyczna zawartość „Year Zero” dorówna zakrojonej na ogromną skalę otoczce...

„Survivalism” to bowiem niewyszukane skrzyżowanie „Wish” z „The Hand That Feeds”, a do tego ze sztucznym beatem i zupełnie nieprzystającym do wcześniejszej twórczości Nine Inch Nails skandowanym refrenem. Na szczęście wrażenie poprawiały kolejne utwory, które poznaliśmy: triphopowy „Me, I'm Not” i „In This Twilight”, który sam w sobie jest bardzo ładną, postapokaliptyczną balladą, tylko ten tekst... Czy ktoś podejrzewałby wcześniej Trenta Reznora o takie słowa?

"

Niebo przepełnia światło
Widzisz to?
Wszystko, co czarne, tak naprawdę jest białe
Jeśli tylko uwierzysz
A tęsknota, którą czujesz
Wiesz, że nic z tego nie jest prawdą
Odnajdziesz lepsze miejsce
W tym zmierzchu "

Nawet jeśli nijak nie przystają do „papieża samobójców”, nabierają głębszego sensu w kontekście finału całej historii. Akurat pod względem tekstowym nie ma się „Year Zero” co czepiać, bo szczególnie jeśli śledziło się całą tę zabawę w alternatywną rzeczywistość, odnajdywanie kolejnych smaczków i nawiązań sprawiało wiele frajdy. Dzięki temu mamy wrażenie, że obcujemy z naprawdę spójnym dziełem, co w świetle concept albumu stawia tę płytę bardzo wysoko. Muzycznie jednak niektórzy nie byli w stanie przebrnąć przez ciągłe zgrzyty i piski, a fanom brakowało po prostu gitar...

Wróćmy jednak do szerszego poziomu całej koncepcji tego albumu. W końcu opowiada on o zniszczonej, postapokaliptycznej rzeczywistości. Rob Sheridan, nadworny grafik i fotograf Nine Inch Nails, wymyślił nawet na jego potrzeby specjalną metodę na niszczenie zdjęć. Każdy, kto choć raz był na związanej z tym uniwersum stronie, doskonale kojarzy rozjechane, popsute grafiki. Muzyka - podobnie jak one - po prostu towarzyszy tej koncepcji. A jak na trwający ponad godzinę krążek, materiał jest tu i tak bardzo zróżnicowany.

Zacznijmy od jednego z najbardziej kontrowersyjnych kawałków, tanecznego „God Given”, który porównywano złośliwie do twórczości Michaela Jacksona. Ale przecież ten utwór stanowi satyrę na popularnych od lat w Stanach tzw. telewizyjnych kaznodziejów, którzy zawsze w chwilach kryzysu starają się naciągnąć ludzi i uzyskać własne korzyści mamiąc fałszywymi nadziejami. W takim kontekście Timberlake'owa rytmika tego numeru bardzo dobrze wpisuje się w jego zamysł.

Podobnie drugi najbardziej znienawidzony utwór na tym krążku, singlowy „Capital G” - tym razem poświęcony politykom i łatwości, z jaką mogą doprowadzić do tragedii w imię skorumpowanego stanowiska. Nie oszukujmy się, Nine Inch Nails zawsze miał talent do chwytliwych melodii, a ten kawałek mimo wszystko zostaje w głowie. To również jeden z nielicznych fragmentów „Year Zero”, w którym gra coś więcej niż MacBook: jest trąbka, a nawet saksofony.

Wszystkim, którym w tym materiale dawnych emocji, pozostaje polecić „The Good Soldier”. Nie dość, że kawałek doskonale realizuje topos amerykańskiego żołnierza (tutaj dodatkowo zagubionego w nowej rzeczywistości), to jeszcze mamy w nim przeszywającą gitarową solówkę. Żywych brzmień mamy też nieco więcej w „The Warning”, a prawdziwe wzruszenie może wzbudzić zamykający całość „Zero-Sum”, choć nie sposób nie zwrócić uwagi na jego podobieństwo do „Right Where It Belongs”.

Mimo że poszczególne utwory trzymają się raczej jednej formuły - beatowe intro, zwrotka, refren, zwrotka, refren, noise - nie brakuje na tym krążku eksperymentów i niespodziewanych zwrotów akcji. W kategorii noise'u niewątpliwym zwycięzcą jest pełen chwytliwego jazgotu i rytmicznych trzasków „Vessel”. Największą niespodziankę otrzymujemy z kolei w „The Great Destroyer” - zupełnie jakby ktoś nagle przełączył indierockową płytę na album Aphex Twin...

I tak naprawdę szkoda, że „Year Zero” zatrzymał się właśnie w tym miejscu - podobnie jak szkoda było skasowanego po pierwszym sezonie serialu „Jericho”. Reznor sam planował telewizyjną adaptację swojego dzieła. Mimo rozmów z HBO, z planów tych niestety nic nie wyszło, podobnie jak z zapowiadanego swego czasu płytowego sequela tej historii. „Jericho” udało się przywrócić na pospieszne zwieńczenie opowieści - może i Reznorowi wystarczyłoby dać wyraźnie do zrozumienia, że fani wciąż czekają?

Bo choć różnice między 5. albumem Nine Inch Nails a jego poprzednimi dziełami są ewidentne, ciężko krytykować artystę za to, że po chwilowym odsapnięciu („With Teeth”) wyruszył na kolejne odważne poszukiwania. Nawet jeśli nie wszystkich one zadowolą, to zawsze bardziej chwalebna droga niż odcinanie kuponów od dawnych sukcesów. Do którego Trent też później w końcu doszedł, ale to już historia na zupełnie inną okazję...

A jak Wy wspominacie „Year Zero”?

Jakub Gańko
Tagi: Duperele Nine Inch Nails AntyTeza