16.11.2015 12:46

AntyTeza: Paradise Lost - Host

Ktoś kiedyś określił ten album słowami „najlepsza płyta Depeche Mode, jakiej Depeche Mode nigdy nie nagrał”. To dobrze tłumaczy, czemu został momentalnie wyklęty przez fanów Paradise Lost. Ale czy naprawdę taki „Host” zły jak go malują?

AntyTeza: Paradise Lost - Host
foto: materiały prasowe

AntyTeza to cykl, w którym prezentujemy kontrowersyjne płyty znanych i cenionych artystów. Po latach można na nie spojrzeć w nowym świetle, z szerszej perspektywy, bez niesprzyjających okoliczności. Czy to naprawdę nieudane albumy? Postaramy się przyjrzeć problemowi z różnych stron i sprzeciwić utartym tezom.

Kwintet z Halifax zdobył popularność dzięki zupełnie innym brzmieniom. Na początku lat dziewięćdziesiątych uznawany był - obok Anathemy i My Dying Bride - za jeden z filarów tzw. „wielkiej trójki doom metalu”. Jednak od początku zdradzał ciągoty do eksperymentów i stylistycznych wolt.

Jego trzecia płyta, „Shades Of God” z 1992 roku, wprowadzała do kompozycji delikatniejsze elementy, złagodzeniu uległ również sposób śpiewania Nicka Holmesa. Na następnych albumach jego wokal poszedł w kierunku Jamesa Hetfielda, a „Draconian Times” do dziś bywa porównywana do „Black Albumu” Metalliki. To z tym krążkiem coś w zespole skończyło się raz na zawsze.

Już na „One Second” słychać było wyraźne zmiany zachodzące w brzmieniu Paradise Lost. Holmes zrezygnował na dobre z growlu i hetfieldowskiego krzyku, Greg Mackintosh odważnie sięgnął po klawisze i samplery, w aranżacjach pojawiła się elektronika i skrzypce. Utwory takie jak tytułowy czy „Say Just Words” wpadały w ucho i nieźle radziły sobie na listach przebojów - już nie tylko tych metalowych.

Mimo to nad twórczością grupy wciąż unosił się charakterystyczny mrok i poczucie beznadziei. „One Second” do dziś wymieniana jest pośród najlepszych płyt Paradise Lost, choć stanowiła już wyraźny zwrot w zupełnie innym kierunku. Czemu więc to dopiero „Host” wzbudziła aż takie kontrowersje?

Pierwsze wrażenia mogą świadczyć faktycznie na niekorzyść krążka. Zespół zupełnie zmienił swój image - już nawet nie chodzi o krótkie włosy muzyków (Holmes „ściął się” jeszcze przy okazji poprzedniego albumu, zresztą po Hetfieldzie to już żadna ujma), a o nowe, pozbawione pazura logo i oprawę graficzną bliższą Placebo niż zespołu, który jeszcze do niedawna grał metal.

Teledysk do głównego singla, „So Much is Lost”, faktycznie wygląda jak reklamówka głośników z końcówki lat dziewięćdziesiątych (zobaczcie poniżej), ale najwięcej uprzedzeń budziła współpraca zespołu z wielkim EMI. Dla wielu metalowców to niewybaczalna oznaka „sprzedania się”, szczególnie że przecież na tym albumie nie ma żadnych gitar!

...a przynajmniej tak brzmi jeden z powszechnych mitów na temat „Host”. Rozprawmy się z nim w pierwszej kolejności. Jasne, siódmy krążek Brytyjczyków przepełniony jest elektroniką i syntezatorami, ale jeśli dla kogoś brak wyraźnego riffowania, porywających solówek i efektownych breakdownów świadczy, że w aranżacji w ogóle nie ma gitar, to chyba całą swoją wiedzę o produkcji muzycznej czerpał z porównywania oryginalnego wydania „Killing Is My Business... and Business Is Good!” z późniejszymi wznowieniami. A przecież w odpowiednich rękach, po podłączeniu do odpowiednich efektów, gitara pozwala na dużo, dużo więcej.

Ile instrumentalnego potencjału tkwi w kompozycjach z „Host” słychać najlepiej na koncertach z tego okresu - niestety, nie mamy żadnej oficjalnej koncertówki dokumentującej tamte czasy. Trzy nagrania live z singla „Permanent Solution” dają pewne wyobrażenie na ten temat.

Produkcją krążka zajął się Steve Lyon znany wcześniej ze współpracy z Depeche Mode czy Recoil - to bardzo wyraźnie słychać. Jednak w obronie żywego brzmienia „Host” trzeba zwrócić uwagę, że zamiast podbudowywać utwory samymi komputerami, Paradise Lost mógł sobie pozwolić przy budżecie otrzymanym od EMI na znacznie więcej. Wszystkie smyki, które słyszymy chociażby w „It's Too Late” czy „Made the Same”, to autentyczne skrzypce i wiolonczele, na których zagrały m.in. Susan Dench i Chris Tombling, znani ze współpracy z Nickiem Cave'em i The Cure.

Przede wszystkim jednak Paradise Lost zachowali swojego dawnego ducha. Choć zagrana przy wykorzystaniu zupełnie innych brzmień, to wciąż ta sama muzyka: melancholijna, skłaniająca do refleksji, mówiąca o najcięższych chwilach w życiu człowieka i tym, jak można odnaleźć w nich siłę. Wystarczy zajrzeć do tekstów „Permanent Solution” czy „Ordinary Days” - czy to tak odmienne podejście do tematu niż w „True Belief” i „Forever Failure”?

W „In All Honesty” zespół zdaje się wręcz być samoświadomy zachodzących w nim przemian:

"

Sit alone and celebrate good times of change
Sit alone, annihilate all words of praise
When it all seems to spell disaster

Words of wisdom have no meaning
In all honesty
It's just fiction, your religion
No apology "

„Wreck” i „Deep” mają iście doomowe tempa i doskonale wpisują się w ideologię grupy, choć używają zupełnie innego instrumentarium niż to, do którego przyzwyczaiły nas poprzednie płyty. Mimo to słychać, że to ten sam zespół, który pozostał wierny swojej ścieżce - po prostu pokonuje ją w nieco inny sposób. To nie Chris Cornell, który śpiewał z Timbalandem „that bitch ain't a part of me”, a potem rozpowiadał w wywiadach, że nagrał nowe „The Dark Side of the Moon”.

„Host” był z pewnością kontrowersyjnym eksperymentem, lecz Paradise Lost wyszedł z niego obronną ręką. Potrzeba zmian wyraźnie wyszła od samych muzyków, a nie wynikała z oczekiwań wielkiej wytwórni. Potwierdzają to słowa samego Grega Mackintosha, który przyznawał, że w tamtym czasie potrzebował takiej odskoczni.

"

Występowałem z wieloma zespołami, które na przestrzeni lat odgrywają w kółko praktycznie ten sam album. Tak naprawdę już nawet nie lubią stylu, w jakim grają. Dla mnie to jakaś tortura. Po co robić coś takiego? "

Co prawda sam Paradise Lost wraz z kolejnymi płytami wycofywał się z wcześniejszych eksperymentów, by ostatnimi krążkami wrócić do swoich korzeni... Ale to już historia na zupełnie inną okazję.

A Wy uważacie „Host” za największą porażkę Holmesa i Mackintosha, czy może wręcz przeciwnie?

Jakub Gańko
Tagi: Duperele Paradise Lost AntyTeza