03.02.2016 15:50

AntyTeza: Weezer - Pinkerton

Ostatnio przyglądaliśmy się płytom, które nie zyskały zbyt przychylnych opinii krytyków, ale doskonale się sprzedawały. Dziś dla odmiany krążek, który początkowo nie zachwycił ani recenzentów, ani fanów. Na czym „Pinkerton” zbudował po latach swój kultowy status?

AntyTeza: Weezer - Pinkerton
foto: materiały promocyjne

AntyTeza to cykl, w którym prezentujemy kontrowersyjne płyty znanych i cenionych artystów. Po latach można na nie spojrzeć w nowym świetle, z szerszej perspektywy, bez niesprzyjających okoliczności. Czy to naprawdę nieudane albumy? Postaramy się przyjrzeć problemowi z różnych stron i sprzeciwić utartym tezom.

Kalifornijski Weezer brutalnie wdarł się na alternatywne salony debiutanckim „niebieskim albumem” (zespół ma na koncie trzy krążki zatytułowane „Weezer”, które rozróżnia się kolorami okładek) w 1994 roku. Wytwórnia Geffen początkowo nie planowała żadnych singli, aby przekonać się, jak płyta poradzi sobie wyłącznie na usługach poczty pantoflowej. Kiedy jednak do MTV trafił ikoniczny teledysk Spike'a Jonze'a zrealizowany do „Undone – The Sweater Song”, momentalnie stał się hitem.

Pierwsza płyta Weezera przyniosła też kolejne przeboje w postaci kawałków „Say It Ain't So” i „Buddy Holly”. Ten ostatni także doczekał się wideo w reżyserii twórcy filmu „Być jak John Malkovich”. Występ muzyków został w nim zestawiony z fragmentami sitcomu z lat 70. „Happy Days”. Klip został obsypany nagrodami (w tym MTV Video Music Awards i Billboard Music Video Awards) i był używany do promocji systemu Windows 95.

Z debiutami jednak, jak powszechnie wiadomo, różnie bywa i nawet najlepszy start kariery nie gwarantuje niczego na przyszłość. Choć „niebieski Weezer” sprzedał się w nakładzie ponad 3 milionów egzemplarzy, zbierając 3 platynowe płyty w USA i 2 w Kanadzie, od samego początku nie zanosiło się, aby jego następca miał powtórzyć ten sukces.

Rivers Cuomo czuł się przytłoczony niespodziewanym sukcesem i - jak sam określił swój ówczesny stan - był „zagubiony w kosmosie”. Z tego poczucia narodził się w jego głowie pomysł na kosmiczną rock operę zatytułowaną roboczo „Songs from the Black Hole”. Opowieść miała być prowadzona przez 6 postaci, w które wcieliliby się muzycy Weezera, ale też Rachel Haden z That Dog i The Rentals oraz Joan Wasser z The Dambuilders.

Zespół przystąpił do nagrywania dem, w międzyczasie jednak Cuomo dostał się na studia muzyczne na Harvardzie. W znacznym stopniu wpłynęło to na jego zwyczaje kompozycyjne i koniec końców z „Songs from the Black Hole” zrezygnowano. Dziś wstępne wersje utworów, które miały trafić na krążek, znajdziemy na trzech częściach kompilacji domowych nagrań Cuomo oraz reedycji „Pinkerton” z 2010 roku.

Tymczasem wracając do połowy lat dziewięćdziesiątych, lider grupy porzucił pomysł na rock operę, lecz wykorzystał kilka kompozycji na nowym albumie. Ten miał ukazywać jego osobistą, ciemną stronę, pełną frustracji i rozczarowania rockowym stylem życia, przede wszystkim jednak samotnością. W swoim liście motywacyjnym na Harvard muzyk pisał:

"

Fani wciąż pytają mnie, jak to jest być gwiazdą rocka. Mogę im odpowiedzieć tylko tyle, że jeśli chcą nią być, to będą samotni. Będą spotykać 200 osób każdego wieczora, ale ich rozmowy potrwają najwyżej 30 sekund, a większość tego czasu zajmie przekonywanie, że nie są zainteresowani ich bielizną. A potem znowu będą samotni w swoim pokoju motelowym. "

Aby uzyskać jak najbardziej przekonujące brzmienie, zespół postanowił samodzielne wyprodukować krążek. I tak jednym z jego autorskich pomysłów, aby materiał brzmiał jak najbardziej surowo, było nagrywanie wokali Cuomo wspólnie z chórkami Briana Bella i Matta Sharpa do jednego mikrofonu. Dopełnieniem depresyjnego „Pinkerton” stały się teksty, mówiące przede wszystkim o niezadowoleniu i rozczarowaniu, ale z dozą czarnego humoru.

I tak o wspomnianej już w liście motywacyjnym na Harvard samotności mówi otwierający zestaw „Tired Of Sex”. Cuomo wprost wyraża w nim znudzenie groupies i tęsknotę za prawdziwą miłością. Nawet bez znajomości tekstu, rzężące gitary i piskliwy klawisz mówią same za siebie. Kiedy jednak już do niego zajrzymy, zdamy sobie sprawę, że muzyk poszedł nieco dalej, niż kilka lat później podążył Robert Gawliński w „Baśce”...

"

W poniedziałkową noc posuwam Jen
We wtorkową noc posuwam Lyn
W środę nocą posuwam Catherine
Och, czemu nie mogę uprawiać prawdziwej miłości? "

Kiedy już jednak angażuje się w poważniejszy związek, również nie kończy się to najlepiej. „No Other One” to wręcz sarkastyczny pastisz piosenki miłosnej - już od słodko zaśpiewanych, otwierających wersów „Moja dziewczyna kłamie, ale zostanę przy niej, bo jest wszystkim, co mam, a nie chcę być sam”... Walczykowy rytm w połączeniu z powtarzaną deklaracją o tym, że nie ma żadnej innej, czyni z tego utworu idealny hymn znerwicowanego psychopaty.

Za „Across the Sea” stoi poważniejsza historia. Utwór pozornie rozpoczyna się znów jak piękna ballada miłosna - gdyby tylko nie te brudne gitary w tle... Tym razem inspiracją dla tekstu była dla Cuomo osiemnastoletnia fanka z Japonii, która napisała do niego list - dokładnie tak, jak przedstawia to pierwsza zwrotka. Dalej muzyk najwyraźniej dopatruje się w dziewczynie kolejnej szansy na prawdziwe uczucie, w końcu szczerze zapytała o jego zainteresowania, zamiast pchać mu się do łóżka jak nieszczęsne groupies.

„Czemu jesteś tak daleko ode mnie? Potrzebuję pomocy, a ty jesteś za oceanem” - wersy refrenu mogłyby być mottem całego „Pinkerton”. Biorąc pod uwagę szczery i osobisty charakter jego zwartości, lider Weezera chyba naprawdę potrzebował wówczas pomocy. Spójrzmy na single - może tutaj znajdziemy jakiś łatwiejszy punkt zaczepienia?

W pierwszej kolejności do promocji krążka wybrano „El Scorcho” (tytuł inspirowany ostrym sosem z restauracji Del Taco). Utwór opiera się na atonalnym, zapętlonym riffie, który w pewnym momencie przyspiesza do iście punkowej galopady. Do tego dochodzi absurdalny tekst, w którym Cuomo kolejny raz potwierdził swoje uwielbienie do Japonek. Cokolwiek dziwny wybór na główny singiel i raczej nie ma się co dziwić stacjom radiowym, które odmówiły emisji takiej kakofonii.

Wytwórnia próbowała łapać się brzytwy, błyskawicznie wydając kolejny numer promocyjny - tym razem „The Good Life”, faktycznie jeden z najbardziej konwencjonalnych kawałków na „Pinkerton”. Przynajmniej dopóki nie dochodzi do wariującej tempami solówki... Mimo pomysłowego teledysku oddającego monotonię dostawczyni pizzy z Mary Lynn Rajskub w roli głównej, również ten utwór nie odniósł sukcesu na listach przebojów.

Strzałem ostatniej szansy został wydany po półrocznej przerwie „Pink Triangle”. Muzycy zrobili, co się dało: tym razem numer został nawet odpowiednio zremiksowany, dodano do niego nagrane na nowo wokale i solo gitarowe (to z wersji albumowej było znów... dokładnie tak odjechane, jak można by się spodziewać po „Pinkerton”). Nie pomogło, singiel przeszedł bez echa i nie zdecydowano się go nawet wesprzeć klipem.

Miłośnicy piosenki o Buddym Hollym byli rozczarowani. „Pinkerton” sprzedawał się fatalnie, na dodatek amerykańska agencja detektywistyczna Pinkerton wytoczyła wytwórni zespołu proces o naruszenie znaku towarowego. Krytycy określali album „zbiorem imprezowych przebojów dla agorafobów”, krytykowali jego antypiosenkowość, a gdy już wypowiadali się nieco cieplej na temat muzyki, kazali zupełnie ignorować teksty Cuomo. Ten po latach sam przyznał:

"

To była tak ogromnie bolesna pomyłka popełniona na oczach setek tysięcy ludzi... To jak upić się w trupa na imprezie i rozpowiedzieć przed wszystkimi swoje najpoważniejsze problemy. Czujesz się niesamowicie oczyszczony, ale następnego dnia budzisz się i zdajesz sobie sprawę, że zrobiłeś z siebie kompletnego idiotę. "

Czas jednak pokazał, że wcale nie było tak źle. „Pinkerton” po prostu wymaga czasu: żadna to płyta do radia czy na imprezę. Potrzeba skupienia i pewnej determinacji, by zrozumieć jej zamysł i docenić zrażające przy pierwszych przesłuchaniach brzmienie. Nie bez powodu po latach album trafia na niezliczone listy najbardziej niedocenionych czy po prostu najlepszych albumów wszech czasów. Jego reedycja z 2010 roku utrzymuje w serwisie agregującym opinie recenzentów Metacritic idealne 100 punktów na 100 możliwych.

„Przepraszam za to, co zrobiłem, wykonywałem tylko wolę mojego ciała” - śpiewa w wieńczącym krążek „Butterfly” Rivers Cuomo. Zupełnie nie ma za co, to jemu należą się przeprosiny za niezrozumienie. Tym bardziej, że po początkowej porażce „Pinkerton” zniechęcił się i wrócił na bardziej piosenkową drogę. I już nigdy nie stworzył tak spójnego i przemyślanego albumu.

A co Wy sądzicie o najbardziej kontrowersyjnej płycie Weezera?

Jakub Gańko
Tagi: Duperele Weezer AntyTeza