17.11.2016 11:41

Alter Bridge w Katowicach [GALERIA]

16 listopada 2016 roku w katowickim Spodku zagrały zespoły Like a Storm, Living Colour i oczywiście gwiazda wieczoru, czyli Alter Bridge. Zobacz nasze zdjęcia z tego wydarzenia i przeczytaj relację.

Alter Bridge w Katowicach [GALERIA]
foto: Radek Zawadzki

Rockowe święto upłynęło pod znakiem wzajemnego szacunku. Każdy z występujących zespołów, choć prezentujący odmienne podejście do rockowego grania, spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem publiczności. A sami wykonawcy nie pozostali dłużni i starali się wchodzić w interakcję ze zgromadzonymi widzami. Kapele po prostu wykonały to co do nich należało, a reakcje ludzi to nic innego, jak zwykły standard? Bywalcy hal, klubów i stadionów nie raz mogli zaobserwować, że publika często pozostaje obojętna na wyczyny muzyków występujących przed gwiazdą wieczoru. Tym razem tak nie było.

Katowickie wydarzenie działało, jak w szwajcarskim zegarku. Kapele wchodziły na scenę o wyznaczonej godzinie bez ani chwili opóźnienia i schodziły z niej o zaplanowanej porze. A jednak udało się uniknąć tzw. zrobienia swojego i zwinięcia manatków. Już Nowozelandczycy z Like a Storm starali się grać tak, jakby był to ich koncert życia, choć hala pozostawała w połowie pusta. Zespół brzmieniowo, a jeszcze bardziej wizualnie, jawił się jako spadkobiercy Papa Roach z tego świeższego okresu w twórczości grupy Jacoby'ego Shaddixa. Ważnym elementem podczas występu Like a Storm było wrzucane z boku sceny w ręce wokalisty didgeridoo (instrument dęty australijskich aborygenów). Plemienne brzmienie instrumentu nadało nieco koloru kompozycjom wybrzmiewającym ze sceny.

Pozostając przy kolorach, to... jaki jest Wasz ulubiony? Czy może to Living Colour? Amerykanie skutecznie rozbujali polską publiczność. Funkrockowe brzmienia nie tylko zmuszały do rytmicznego kiwania głową, ale i do wprawienia w ruch bioder. Serdecznym „Fuck Donald Trump” został pozdrowiony nowy prezydent Stanów Zjednoczonych, a my zostaliśmy uraczeni pokazem technicznych zdolności członków Living Colour i muzyczną mieszanką funku, soulu, rocka i punka. Przy takich numerach, jak „Elvis is Dead”, które płynnie przeszło w „Hound Dog” z repertuaru Króla czy „Glamour Boys” ciężko było ustać w miejscu. Z kolei ciało samo rwało się do skakania przy „Cult Of Personality” i coverze „Should I Stay or Should I Go”, który zyskał hardcore'ową aranżację w stylu Bad Brains.

O ile nie można narzekać na poziom koncertu któregokolwiek z zespołów, o tyle nagłośnienie pozostawiało wiele do życzenia. Jest to zresztą bolączką wielu występów na żywo. Można przymknąć oko na to, że wokal można było dać głośniej, a z bębnów zdjąć trochę basu, czy na wiele innych niuansów. Jednak eskalacją nagłośnieniowych problemów był występ gwiazdy wieczoru.

Wpadka pojawiła się już przy samym intro. Hala wpierw pogrąża się w mroku, a następnie oświetlenie na scenie zaczyna budować podniosłą atmosferę, której ujściem już wkrótce będzie pociągnięcie przez Marka Tremontiego po strunach gitary. I.. puk. Zapada cisza w skąpanym w ciemności pomieszczeniu. Kryzysowa sytuacja została jednak szybko naprawiona, choć jak się okazało było to prowizoryczne i tylko tymczasowe rozwiązanie. Zaczęło się od potężnego „Crows on a Wire” z płyty „The Last Hero”. Przygniatający metalowy riff, chwytliwy refren i trafiająca w punkt sekcja rytmiczna. Byłoby pięknie, gdyby nie ciągle przerywany dźwięk gitary Tremontiego. Nie stykający kabel? Zaspany nagłośnieniowiec?

Fani Alter Bridge byli jednak w stanie wybaczyć te techniczne problemy, trwające zresztą do okoły połowy całego setu, i całym sercem oddali się dźwiękom wypełniającym katowicki Spodek. Zobaczcie zdjęcia z tego wydarzenia:

Płyta „The Last Hero” miała swoją premierę zaledwie na początku października 2016, zatem zestaw utworów był zdominowany właśnie przez kompozycje z tego albumu. Oprócz takich numerów, jak „The Other Side” czy „Poison in Your Veins” pojawiły się też singlowe „Show Me a Leader” (z odbijanymi przez publikę czerwonymi i białymi piłkami - wynik akcji fanklubu kapeli) i „My Champion”. Zobaczcie jak Alter Bridge wypadł przed polską publiką:

Choć to do Mylesa Kennedy'ego wzdychała żeńska część publiczności - pojawiły się nawet wyznania miłości, na które odpowiedział sam wokalista, to brawa należą się dla wszystkich muzyków. Każdy z nich ma bogate CV i doświadczenie, za którym idą zaawansowane zdolności w grze na swoim instrumencie. Trudno było nadążyć za palcami Tremontiego poruszającymi się po gryfie, przejścia perkusyjne potrafiły pozostawić człowieka z szeroko otworzonymi ustami, linie basu nadawały całości groove'u, a skala głosu Mylesa i wyciągane przez niego górki wprawiały w osłupienie.

Każdy koncert Alter Bridge to odmienna setlista. Panowie doskonale skomponowali tę na wieczór 16 listopada 2016 roku. Nie zapomniano o żadnej płycie, a utwory które wybrano zadowoliły fanów tego cięższego oblicza Alter Bridge, zwolenników lżejszych, przebojowych numerów i tych, którzy czekali na zupełnie przykręcenie wzmacniaczy i te spokojne kompozycje. Kennedy zaczarował akustycznym wykonaniem „Watch Over You” (oryginalnie nagranym z Cristiną Scabbią), a w powietrzu pojawiły się płomienie zapalniczek.

Czy można dać energetyczny koncert, pokazać pełne spektrum swojego talentu przy jednoczesnym zachowaniu skromności, a przy okazji zamknąć to wszystko w ramach świetnej oprawy wizualnej, kiedy boryka się z problemami technicznymi? Alter Bridge pokazał, że tak. A fani zamiast krytykować wykazali się wyrozumiałością i oddaniem dla swoich idoli.

Robert Skowronski
Tagi: Koncerty Alter Bridge Galeria