03.07.2016 10:00

Black Sabbath w Krakowie [RELACJA]

Największa metalowa kapela wszech czasów, zespół Black Sabbath, wystąpił 2 lipca 2016 w Tauron Arenie Kraków w ramach trasy „The End: The Final Tour”. Pożegnalne tournée zespołu w Europie rozpoczęło się 1 czerwca 2016 roku.

Black Sabbath w Krakowie [RELACJA]
foto: materiały prasowe

Bez względu na to, co twierdzą specjaliści od badania zawartości Black Sabbath w Black Sabbath, Tauron Arena była wypełniona po brzegi. Cztery pokolenia fanów przyszły pożegnać legendę.

Nic w tym dziwnego, bo nie było i na pewno nie będzie drugiego zespołu, który tak mocno kojarzony jest z muzyka metalową. Potwierdzeniem sławy, sukcesów i znaczenia kapeli jest między innymi fakt, że w 2006 roku grupa została wprowadzona do Rock and Roll Hall of Fame. Jak wiadomo, jest to jeden z największych zaszczytów, jakie mogą spotkać artystów grających tego typu muzykę. Obecność na koncercie ojców metalu była więc dla każdego polskiego fana mocnych brzmień świętym obowiązkiem, tym bardziej że oryginalna trójka z pierwotnego składu - Ozzy Osbourne, Tony Iommi i Geezer Butler - żegna się z fanami podobno ostatecznie.

Na telebimach płonie logo zespołu, kurtyna opada i koncert zaczyna klasyczny „Black Sabbath”. Iommi sączy niezwykle mroczne i ciężkie riffy, Ozzy zaczyna recytować słynne słowa: „What is this that stands before me, figure in black which points at me...”, publiczność wpada w zbiorową histerię. Pierwsza rzecz, jaką od razu dało się zauważyć, to wygląd sceny - zupełnie inny i mocno okrojony w porównaniu do koncertów zespołu z wcześniejszych lat. Brakowało scenografii, a system oświetlania był znacznie prostszy i mniej imponujący. Pozostał telebim, na którym można było śledzić wymyślne wizualizacje przeplatane zbliżeniami kamer na członków zespołu.

Następnie przyszedł czas na „Fairies Wear Boots”, numer wieńczący kultową płytę „Paranoid”, oraz „After Forever” z chyba najbardziej melodyjnym riffem w historii Black Sabbath. Co ciekawe, utwór napisał samodzielnie Tony Iommi i zawarł w nim pochwałę chrześcijaństwa, aby raz na zawsze odsunąć od zespołu podejrzenia o satanizm. Tymczasem Kościół uznał tę kompozycję za... bluźnierstwo. Spora część fanów, szczególnie tych interesujących się sprzętem, po raz kolejny mogła podziwiać wzmacniacz Laney TI 100, którym Tony Iommi nagłaśnia gitarę i sygnuje swoim nazwiskiem.

Kolejne „Into the Void”, „Snowblind” i „War Pigs” - sadząc po reakcji publiczności, chyba najbardziej oczekiwane evergreeny wieczoru. Trzeba przyznać, że skład i dobór setlisty od samego początku był naprawdę imponujący. Ozzy zaczął wylewać z siebie hektolitry potu, publiczność śpiewała chórem słowo po słowie i nawet Tony słynący z kamiennego oblicza i spokojnego przechadzania się po scenie był wyraźnie zadowolony z reakcji tłumu i uśmiechał się do ludzi. Książę Ciemności trzykrotnie wywoływał członków zespołu, największe owacje dostał jednak gitarzysta, który został zaprezentowany jako „postać, którą możliwe, że znacie”.

Szybki powrót do klimatów z pierwszej płyty i zaraz później panowie wykonali „Rat Salad” i spektakularne perkusyjne solo, w czasie którego światła reflektorów i oczy widzów zwrócone były tylko na bębniarza. Solówka trwała dłuższą chwilę i składała się z czterech części, tym samym Tommy Clufetos dał kilka chwil wytchnienia pozostałej trójce.

Perkusista po długich chwilach okładania instrumentu zwolnił i zaczął nabijać stopą znajomy rytm. Ozzy wykrzyczał „I am Iron Man! i wszystko stało się jasne. Reakcja publiczności była nie do opisania. Gdyby zamienić Arenę w minielektrownię, Kraków miałby darmowy prąd do końca roku. Set pomału dobiegał końca. Zostały jeszcze 3 numery. „Dirty Women”, „Children of the Grave”, który zabrzmiał fantastycznie i potężnie oraz na sam koniec: „Paranoid”.

Biorąc pod uwagę, że prawie wszyscy członkowie dobiegają już siedemdziesiątki, a styl życia odbił się znacznie na ich zdrowiu, trzeba przyznać, że panowie są w świetnej kondycji. Wielkie oklaski należą się również ekipie nagłośnieniowej. Tak dobrze nagłośnionego koncertu krakowska Tauron Arena chyba nie widziała.

Jednocześnie należałoby zadać kardynalne pytanie: czy to rzeczywiście definitywne pożegnanie legendy? Można by wymienić niezmiernie długą listę zespołów, które w ostatnich latach zapowiadały koniec kariery. Grały pożegnalne trasy, wydawały ostatnie płyty i niemal od razu ogłaszały huczny powrót na scenę. Miejmy nadzieję, że ten scenariusz powtórzy się również w przypadku Black Sabbath.

Setlista:

  1. Black Sabbath
  2. Fairies Wear Boots
  3. After Forever
  4. Into the Void
  5. Snowblind
  6. War Pigs
  7. Behind the Wall of Sleep
  8. N.I.B.
  9. Hand of Doom
  10. Rat Salad /Drum Solo
  11. Iron Man
  12. Dirty Women
  13. Children of the Grave
  14. Paranoid

W ramach supportu wystąpił kalifornijski Rival Sons. Zespół stał się małą sensacją kilka lat temu i zwrócił na siebie uwagę fanów starego dobrego hard rocka utworami, które śmiało czerpały z dorobku największych tego gatunku. Jeśli w Tauron Arenie znajdował się ktoś, kto jeszcze nie słyszał o Rival Sons, miał teraz wspaniałą okazję odkryć ich sentymentalne melodie tworzone w oparciu o fundamentalne dokonania gigantów rocka. Muzyka mocno osadzona w klimatach latach 70. i 80. idealnie wpasowała się w czas i miejsce, zaś zespół zrobił wszystko, by przygotować krakowską publiczność na występ gwiazdy.

Byliście na koncercie Black Sabbath w Krakowie?

Jakub Gańko
Tagi: Koncerty Black Sabbath