22.01.2017 09:54

Green Day w Krakowie [GALERIA]

Niedługo po premierze ciepło przyjętego „Revolution Radio” odwiedził nas Green Day. Zobaczcie zdjęcia i przeczytajcie relację z tego wydarzenia.

Green Day w Krakowie [GALERIA]
foto: Romana Makówka / Antyradio.pl

Zdarte jeansy oraz tak samo zużyte trampki i T-shirty wpadły już kilka ładnych lat temu w najciemniejsze odmęty szaf członków zespołu Green Day. Przynajmniej od ponad dekady nie jest to już tylko kapela kojarząca się ze skate parkami i prostym, acz chwytliwym, punk rockiem prosto z Kalifornii. Płyta „American Idiot” z 2004 roku tchnęła w grupę nowe życie, wyniosła ją do rangi jednego z największych zespołów współczesnego rocka, a stacje muzyczne znowu stały się łakome twórczości formacji. Trend zdaje się wciąż utrzymywać, a za nim idą spektakularne koncerty wypełnione fajerwerkami. Tak też było podczas wizyty grupy w Krakowie. Były wybuchy, ogień i niespożyta energia. Bo punk rock to żywioł, nawet jeżeli stoją za nim miliony dolarów.

Nim jednak na scenę zawitał Green Day, licznie zgromadzeni w Tauron Arenie mogli posłuchać The Interrupters:

Billie Joe Armstrong to człowiek wulkan. Choć dla dużej części fanów obecnych na koncercie mógłby być ojcem, to takiej energii byłby mu w stanie pozazdrościć niejeden młodzieniaszek. Niczym maratończyk przemierzał scenę z gitarą w ręku wzdłuż i wszerz, a zbudowany podest, na którego szczycie znajdował się zestaw perkusyjny, co i raz służył jako trampolina. Gorsi od kolegi nie byli zresztą Mike Dirnt oraz Tre Cool, a starania na scenie przeniosły się na publiczność - nie było numeru, przy którym uczestnicy nie daliby się porwać do skandowania, wyśpiewywania obszernych fragmentów tekstów, machania rękoma czy skakania. Jeżeli ktoś myślał, że era Green Daya zakończyła się w latach 90. w okresie „Dookie” i „Nimrod”, to się grubo mylił.

Żarty trzymały się wokalisty od samego początku, gdy jednemu z fotografów zabrał aparat z rąk i sam postanowił wykonać kilka zdjęć. W kilku momentach Armstrong oblewał też publiczność wodą wystrzeliwaną z urządzenia dzierżonego w rękach. W końcu po wybuchach ognia na scenie trzeba trochę ugasić atmosferę. Chwilami żarty szły też jednak na bok, gdy pojawiały się hasła typu „Fuck Donald Trump”. Green Day należy do zespołów silnie zaangażowanych politycznie, co ma odbicie w warstwie lirycznej kapeli. Armstrong kilkukrotnie wyrażał swoje oburzenie względem poglądów nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych, krytykował rasizm, faszyzm i seksizm, a przed „She” zdeklarował się zaś jako poplecznik kobiet w walce o ich prawa.

Zobaczcie zdjęcia z koncertu Green Daya:

Szukając zespołu mogącego stanowić wzór w kwestii kontaktu z fanami śmiało można postawić na punkowe trio z Kalifornii. Aż trzykrotnie wyłaniana była osoba z publiczności, która dostała możliwość stanięcia obok swoich idoli. Ba, nie tylko stanięcia, ale i zagrania z nimi. Pierwsza taka sytuacja miała miejsce niemal na początku koncertu, kiedy jeden z miłośników kapeli mógł zaśpiewać razem z Armstrongiem. Przy kolejnym razie na scenę wskoczyła dziewczyna odśpiewując fragment „Longview” i niemal zawłaszczając tłum dla siebie, co nie uszło uwadze wokalisty (żartobliwe „Give me my damned microphone back”). Szczęściarzem, i to chyba największym, okazał się chłopak, który zagrał na gitarze w „Knowledge” - dodatkową nagrodą dla niego było... dostanie instrumentu na własność od Armstronga.

Setlista zespołu, która z występu na występ przechodzi jedynie kosmetyczne zmiany, to swoisty przekrój przez twórczość kapeli. Nie mogło oczywiście zabraknąć numerów z nowej płyty, by wspomnieć tylko „Youngblood”, „Revolution Radio”, „Still Breathing” czy „Bang Bang” z fanami trzymającymi w powietrzu kartki z tytułowym hasłem. Pojawiły się również przeboje z „American Idiot”, a także wycieczki w przeszłość, również tę dalszą do czasów płyty „Kerplunk” („2000 Light Years Away”). Były też takie ponadczasowe przeboje, jak „Basket Case”, „Hitchin' a Ride” czy „When I Come Around”. Całkowicie pominięto jednak krążki „Insomniac” oraz te tworzące „hiszpańską trylogię”. „21st Century Breakdown” i „Warning” miały w setliście tylko po jednym reprezentancie.

Wieczór zakończył akustyczny „Good Riddance (Time of Your Life)”. Dla wielu z pewnością był to właśnie ten jeden szczególny moment ich życia, ale zdaje się, że dla samego zespołu również.

Robert Skowronski
Tagi: Koncerty Green Day Romana Makówka Galeria