01.04.2017 11:08

Korn w Warszawie [RELACJA]

Zespoły Hellyeah, Heaven Shall Burn i Korn zagrały 31 marca 2017 roku na warszawskim Torwarze. Dowiedz się jak było na ich koncertach.

Korn w Warszawie [RELACJA]
foto: materiały prasowe

Przynajmniej dla części osób, które, tak jak niżej podpisany, nastoletni okres życia spędziło na przełomie wieków, Korn wyrósł na muzyczną legendę. Z rumieńcem na twarzy czekało się po nocach na premiery nowych teledysków kapeli. Sen spędzony z powiek zapewniała satelita odbierające zagraniczne MTV2. Lata mijały, Korn przeszedł zawirowania w swoich szeregach, zaś to co nastąpiło po odejściu Briana „Heada” Welcha dla wielu okazało się nie do przełknięcia i tak formacja z Bakersfield odchodziła powoli w niepamięć.

W końcu po ponad dekadzie zespół powrócił w formie, za którą wszystkie dzieci kukurydzy tęskniły. „The Serenity of Suffering” jest drugim albumem z już uduchowionym Headem na pokładzie. Te kilka lat dzielących wymieniony krążek od wcześniejszego „The Paradigm Shift” wystarczyło, by więzi między muzykami zacieśniły się na tyle, by tworzyli oni ponownie rodzinę rozumiejącą się nie tylko jako ludzie, ale też na poziomie artystycznym. Chemię czuć też było na warszawskiej scenie i choć to nie pierwszy raz kiedy do kraju nad Wisłą zawitał Korn w niemal oryginalnym składzie, to dawno nie był on taką jednością. 

Przed gwiazdą wieczoru na deskach zjawiła się inna legenda, a w zasadzie legendy, które kształtowały ciężkie granie już od dawna, ale pod szyldem Hellyeah działają „dopiero” od dekady. Vinnie Paul i Chad Gray obok siebie? Człowieka mogą przejść ciarki na samo wspomnienie tego ile ci panowie zdziałali dla muzyki metalowej w przeszłości, dotyczy to zwłaszcza pierwszego z wymienionych. Nim jednak odrętwienie ustąpiło, to skończył się też ich występ trwający zaledwie pół godziny. Większą część setlisty stanowił materiał z ostatniego „Unden!able”, reszta została uzupełniona przez numery z „Blood for Blood”.

Następnie nad sceną zawisła płachta z ośnieżonym górskim szczytem, u którego podnóża stanęli członkowie Heaven Shall Burn. Proszę wybaczyć skrajnie kolokwialne określenie, ale Niemcy przywalili z grubej rury, a fani nie pozostali im dłużni biegając w circle picie i wyciskając z siebie siódme poty. Zarysowany obrazek z muzykami grupy u stóp górskiego szczytu może też posłużyć jako metafora tego, gdzie znajduje się ta deathcore'owa formacja w swojej karierze. Może wciąż (mimo przeszło 20 lat doświadczenia) nie jest to ścisła czołówka ciężkiego grania, ale ich droga na sam szczyt nie jest wcale szczególnie odległa. Zresztą w swoim podgatunku to już ekstraklasa, co panowie skrzętnie udowadniali na scenie w oparach wystrzeliwujących w górę słupów dymu i przy wtórze przeszywających growli oraz bezlitosnemu atakowaniu strun i membran bębnów.

Jonathan Davis mógł spokojnie odstawić mikrofon na swój statyw zaprojektowany przez H.R. Gigera. Siła płuc fanów była na tyle duża, że wykrzykiwane przez nich „Right Now”, które otwierało setlistę, skutecznie zagłuszało frontmana zespołu. Ton ustanowiony przez miłośników grupy utrzymywał się już do końca wieczoru, by wspomnieć tylko moment, kiedy Ray Luzier wystukiwał na perkusyjnym talerzu dźwięki otwierające „Blind”, a cały Torwar przykląkł, aby na pytane „Are you ready?” odpowiedzieć wyskokiem w powietrze. Davis zapewniał zresztą, że polska publiczność jest zawsze dla Korna najbardziej łaskawa i wspierająca. Jeżeli nawet była to zwykła kokieteria, to znalazła potwierdzenie w rzeczywistości wśród licznie zgromadzonych w hali.

Trwająca trasa promuje oczywiście płytę „The Serenity of Suffering”, ale zabrzmiały z niej tylko dwa utwory „Rotting in Vain” oraz „Insane”:

Powód? Trzeba było zrobić też miejsce na kornowe klasyki, a tych w repertuarze grupy ne brakuje, dlatego zrezygnowano m.in. z „Got The Life”, które mogłoby się wydawać jest pozycją obowiązkową. Narzekać jednak nie można, bo pojawiły się wszystkie najsłynniejsze utwory z „Issues”, czyli „Somebody Someone”, „Make Me Bad”, czy na bis „Falling Away From Me”. Zespół sięgnął też po szaleńczy „Twist” i następujący po nim „Good God”, koncert zamknął głośny „Freak on a Leash”, a wcześniej były też rzeczy z pierwszej płyty, w tym „Shoots and Ladders”, które przeszło w „One” Metalliki.

Muzycy Korna to już  dojrzali panowie podchodzący pod pięćdziesiątkę, ale energii mają w sobie wciąż tyle, ile wtedy, gdy stawiali swoje pierwsze kroki. Munky i Head przecinali powietrze swoimi dreadami, nieustannie będąc zgiętymi w pół przy grze na instrumencie. Davis także nie oszczędzał swojego karku, podobnie jak sekcja rytmiczna. Wielu może narzekać, że Ray Luzier nie jest Davidem Silverią i choć brakuje w zespole stylu pierwotnego perkusisty, to obecny bębniarz pod względem technicznym nie ma sobie równych. Manifestację tego dawał w każdym utworze, jak i podczas spektakularnego solo.

Przekrojowość setlisty i możliwość oglądania muzyków w tak dobrej formie mogła przyprawić o łzy wzruszenia. Łzy mogło też wywołać „płaskie”, pozbawione aranżacyjnych smaczków wykonanie „Word Up” oraz równie mało przekonywujące odegranie „Coming Undone” - przed uśnięciem przy tym numerze ratowało wplątanie w niego „We Will Rock You” z repertuaru Queen. Na szczęście później na pobudkę przyszło „Insane” i „Y'All Want a Single” ze środkowymi palcami wyrzuconymi w powietrze.

Korn pokazał, że wciąż jest numetalową potęgą. Co prawda obyło się bez większych zaskoczeń, ale status klasyka (jak ten czas szybko leci?) został potwierdzony. Kolejna okazja do przekonania się o tym jeszcze w 2017 roku w Dolinie Charlotty.

Setlista:

  1. Right Now 
  2. Here to Stay 
  3. Rotting in Vain 
  4. Somebody Someone 
  5. Word Up! (Cameo cover) 
  6. Coming Undone 
  7. Insane 
  8. Y'All Want a Single 
  9. Make Me Bad 
  10. Shoots and Ladders 
  11. Drum Solo 
  12. Blind 
  13. Twist 
  14. Good God

Bis:

  1. Falling Away From Me
  2. Freak On A Leash

Byliście na koncercie Korna?

Robert Skowronski
Tagi: Koncerty Korn