18.01.2016 15:39

Manowar na Torwarze w Warszawie [RELACJA]

Manowar wystąpił w Polsce w ramach trasy „Gods And Kings World Tour 2016”. Od lat wielu próbowano i wszyscy sromotnie polegli. W końcu znalazł się ktoś, kto dobył miecz i walkę wygrał. Manowar w swojej ponad 30-letniej historii stanął na polskiej ziemi po raz drugi, a cudu tego dokonała ponownie agencja Prestige MJM.

Manowar na Torwarze w Warszawie [RELACJA]
foto: materiały prasowe

Ociekający testosteronem spektakl w wydaniu Amerykanów zagwarantował kilku tysiącom ludzi zgromadzonych na warszawskim Torwarze dokładnie to, czego się spodziewali: potężną dawkę metalu, okraszoną odrobiną kiczu oraz pełnowymiarowe wizualne show.

Królowie metalu specjalizują się w specyficznym gatunku heavy/epic metal, z charakterystycznym monumentalnym brzmieniem i jakby na to nie patrzeć, po raz drugi, koncert pod każdym względem był epicki.

Najgłośniejszy zespół świata (najpierw osiągnęli wynik 129.5 decybeli, używając do tego 10 tonowych wzmacniaczy i głośników mierzących 40 stóp w szerokości i 21 stóp w wysokości, a potem spektakularnie go pobili, wyśpiewując hymny ku potędze thorowego młota o mocy 139 dB) zagrał na warszawskim Torwarze półtoragodzinne show. Dla niewtajemniczonych dodam, że 139 dB to dużo (Swans wyciągnął w krakowskim Kwadracie 120 dB, rolując przy tym asfalt na drodze dojazdowej i zrywając papę z dachu).

Trudno mi natomiast stwierdzić jaki wynik osiągnięto w stolicy, bo po 28 latach jeżdżenia na koncerty kilkadziesiąt decybeli wte czy wewte nie robi mi większej różnicy. W każdym razem było głośno.

Ciężko mi również pisać o muzyce, bo jak onegdaj raczył stwierdzić Frank Zappa „Pisanie o muzyce jest jak tańczenie o architekturze”, a standardowe przekazywanie emocji w formie zdjęć tym razem nie wypaliło. Już podczas pierwszego koncertu zespołu w katowickim Spodku dostaliśmy pozwolenie na fotografowanie aż 30-stu sekund (które, nie wystarczyło, żeby uchwycić wokalistę, który na scenie pojawił się właśnie w 31 sekundzie).

Tym razem paranoja zespołu dotycząca fotografowania (a w zasadzie braku pozwolenia na nie) sięgnęła zenitu. Nie od wczoraj wiadomo, że Indianie wierzą, że zdjęcia kradną duszę. I tym razem boska czwórka zabroniła wpuszczania fotografów na całej trasie (tak na wszelki wypadek).

Jednak (chyba proforma) pierwsze trzy numery były słabo oświetlone i bez włączonych wizualizacji. Na szczęście potem zespół uraczył nas scenkami batalistycznymi opowiadającymi o tym jak wuj szedł przez bór i siekł mieczem wszystko, co stanęło mu na drodze (i nie uciekał na drzewo), trójwymiarowymi animacjami nawiązującymi do kolejnych okładek płyt, ponurymi zamczyskami i innymi komiksowymi widoczkami w tym klimacie.

Jedyne co dość mocno mnie zastanowiło, to scena, w starogreckim stylu, która nijak się miała do zakutanych w skóry wojów, żywcem wyrwanych z mitologii Nordyckiej. Wszystko pięknie okraszone ogniem i dokładnie zsynchronizowane z muzyką.

Należy dodać, że do standardowej galerii wielki zmarłych (wyświetlanej zawsze w połowie koncertu) tym razem dołączyły zdjęcia Lemmy'ego, które wzbudziły w Hali naprawdę wielki aplauz.

Generalnie, jak to u Manowar, choreografia opierała się na synchronicznym wymachu gitarami w górę, staniem grupowym (z jednoczesnym wykrokiem w przód) raz z prawej, raz z drugiej strony sceny, wymachu wymiennym (ręka - gitara) w wykonaniu Joeya DeMaio, wymachu z wykopem (gitara - noga) - Karl Logan i staniu w rozkroku z jednoczesnym przestępowaniem z nogi na nogę - Eric Adams.

Publiczność poza standardowymi podrygiwaniami, krzyżowała co rusz ręce na głową, czym prawdopodobnie zachęcała zespół do kolejnych wymachów. Dobra, mam nadzieję, że opisałam Wam z grubsza co znalazło było się na domniemanych zdjęciach. 

Po dość długim intro, na pierwszy ogień poszedł „Manowar”, kolejne „Die For Metal” i „Call to Arms” pomału zaczęły nakręcać zarówno zespół, jak i publiczność. „King of Kings” i kolejne „The Dawn of Battle” rozpoczęły już na całego w pełni wyreżyserowane i skoordynowane co do sekundy show. I tak przez półtorej godziny - Beatlesi heavy metalu nie dawali za wygraną: hit za hitem, hymn za hymnem, popisowe solówki Karla Logana („Fallen Brothers”) i Joey'ego DeMaio (no dobra, tutaj z gitarowym onanizmem lekko przesadził), wymach za wymachem, klasyk za klasykiem. „Hail And Kill”, długie i jakże przewidywalne przemówienie Joeya i na koniec „Warriors of the World United” i „Black Wind, Fire And Steel” z jakże spektakularną dożynką.

Historie o lojalności fanów Manowar już wiele lat temu przeszły do historii. Ludzie wysyłają do zespołu listy podpisane ich własną krwią lub zdjęcia ich samych wytatuowanych logiem Manowar. Na jednej z europejskich tras norweski fan przebiegł ponad 1000 mil na południe od bieguna arktycznego aby zobaczyć zespół grający w Oslo. Kiedy grupa australijskich fanów usłyszała, że Manowar gra w Japonii, polecieli tam i uczestniczyli we wszystkich czterech przedstawieniach. W Argentynie zebrano tysiące podpisów ludzi proszących zespół aby przyjechał do ich kraju.

A Wy zrobiliście coś spektakularnego żeby zobaczyć ten koncert?

Romana Makówka
Tagi: Koncerty Manowar Romana Makówka