Nick Cave And The Bad Seeds w Warszawie [RELACJA+GALERIA]

Maciej Koprowicz
25.10.2017 16:11
Nick Cave And The Bad Seeds w Warszawie [RELACJA+GALERIA] Fot. Aleksandra Degórska/Antyradio.pl

Australijski król mrocznego rocka wystąpił ze swoim zespołem 24 października 2017 na Torwarze.

Ten koncert był wielką niewiadomą. Zaledwie dwa lata minęły od największej tragedii w życiu Nicka Cave’a – w lipcu 2015 jego 15-letni ukochany syn Arthur, odurzony narkotykami, spadł z klifu i zginął. Zrozpaczony ojciec zachował się tak, jak na wielkiego artystę przystało – przekuł ból i cierpienie we wspaniałą muzykę.

Wydany w 2016 roku album „Skeleton Tree” był muzycznym odpowiednikiem „Trenów” Kochanowskiego – porażał smutkiem, brutalną szczerością, ale i pięknem. Choć zachwycił fanów i krytyków, którzy ogłosili krążek jednym z najlepszych w dyskografii Nicka, on sam stwierdził na łamach australijskiej prasy, że wszedł do studia za wcześnie i nagranie tej płyty nie było dobrym pomysłem.

Kiedy po dwuletniej przerwie Cave wrócił do koncertowania z The Bad Seeds w styczniu 2017, repertuar swoich występów oparł na utworach z dwóch ostatnich płyt – „Skeleton Tree” i wcześniejszej „Push The Sky Away” z 2013. Tę drugą również zdominował refleksyjny i posępny nastrój. Fani wokalisty mogli się więc obawiać, że jego występy przerodzą się w żałobne nabożeństwa. Australijczyk bywał mrukiem, ale nigdy nie wychodził ze swojej najlepszej roli – jak by to ujął jego idol Lou Reed, prawdziwego rock’n’rollowego zwierzęcia. Czy zatem przedwczesne było nie tylko nagranie płyty, ale i powrót na scenę?

Choć Nick z pewnością nie pogodził się tak łatwo ze śmiercią syna, wygląda na to, że muzyka pomaga mu w egzorcyzmowaniu demonów przeszłości. Na Torwarze zobaczyliśmy 60-letniego muzyka o gigantycznej charyzmie, pełnego energii i kochającego bezpośredni kontakt z publicznością. Kiedy muzyk mówi ze sceny, że czuje się jak w domu, zwykle to jedynie kurtuazja. Za to wczoraj mogliśmy naprawdę poczuć się jak członkowie wielkiej rodziny Nicka Cave’a.

Choć artysta rozpoczął występ, siedząc na krześle, szybko z niego zszedł i… nie zatrzymywał się już potem nawet na moment. Nieustannie przemierzał trasę z jednego końca sceny na drugi, co chwilę podchodził do szczęściarzy, którzy zajęli miejsca pod sceną i śpiewał, trzymając ich za ręce i patrząc im w oczy. Wyraźnie łaknął tego bliskiego kontaktu z fanami.

Podczas pierwszego bisu, „The Weeping Song”, Nick wszedł w tłum, by wyłonić się na „wysepce” na płycie hali, gdzie dokończył utwór, otoczony zachwyconymi fanami. Pozostałe dwa bisy, „Stagger Lee” i „Push The Sky Away” wykonał już na scenie, ale zabrał ze sobą kilkudziesięciu (!) widzów. Słuchając historii „złego sku*wiela zwanego Stagger Lee” szczęściarze dziko pląsali z wokalistą, a przy kolejnym utworze razem z nim starali się „odepchnąć niebo”. Nieprawdopodobny widok, który rzadko można zobaczyć na koncercie światowej sławy muzyki. Nick nie oddziela się od fanów, nie buduje na scenie wieży z kości słoniowej. Po 40 latach wciąż pozostał duchowym dzieckiem punk rocka, w którym nie ma gwiazd, a między widzem a słuchaczem panuje całkowita równość.

Na scenie Torwaru 60-latek nie miał nic z gwiazdorstwa, za to zaskakująco dużo z punka. Słuchaczy, którzy kojarzą Nicka Cave’a z balladami „Into My Arms” czy „The Ship Song” mogło zaszokować, jak bardzo głośny był to koncert. Końcówki „Jubilee Street” czy „Red Right Hand” miażdżyły hałasem, ale i tak mogły wypaść blado w porównaniu z piekielnym „From Her To Eternity”, tytułowym kawałkiem z debiutu The Bad Seeds z 1984 roku. Z utworów w obecnej setliście Nicka najbliżej mu do apokaliptycznej, dzikiej atmosfery koncertów dawnego zespołu wokalisty, postpunkowego The Birthday Party. Jak za starych, dobrych czasów artysta wywoływał ciarki na plecach przerażonych słuchaczy całą gamą „odgłosów paszczą”, często w obrębie jednej linijki tekstu – od szeptu, przez opętańczy wrzask, basowy pomruk z pogranicza growlu, po odgłos zbliżony do dźwięku samolotowego silnika. Niektórzy nie doceniają Nicka-wokalisty. Być może nie dysponuje dziesięcioma oktawami, ale jeśli chodzi o aktorską interpretację, to Australijczyk nie ma sobie równych.

Ale trudno byłoby oczekiwać od starszego pana, jakim dziś jest już Cave, by cały jego koncert był tak szaleńczy i głośny, jak to bywało w czasach The Birthday Party. Zwłaszcza, że nasz bohater jest niezrównanym balladzistą. Nie mogło więc zabraknąć wspomnianych „Into My Arms” i „The Ship Song”, przy których Nick mógł odpocząć, siedząc przy fortepianie. Przypuszczam, że wielu słuchaczom brakowało w setliście „Where The Wild Roses Grow”. Wykonywanie go bez Kylie Minogue najwyraźniej nie ma dla The Bad Seeds sensu, choć poradzili sobie z utworem „Distant Sky” z ostatniej płyty – partię duńskiej sopranistki, Else Torp odtworzono z taśmy, a w tym czasie na ekranie za sceną mogliśmy zobaczyć jej wizualizację.

Wiadomo, że na koncertach wielkich gwiazd wszyscy czekają na stare i ograne przeboje, często traktując nowe utwory jako „zło konieczne”. Tymczasem ponad połowa utworów, bo 10 z 18, jakie usłyszeliśmy na Torwarze pochodziła z albumów „Push The Sky Away” i „Skeleton Tree”. I, jak się okazało, to one były najbardziej magicznymi momentami koncertu. Te dostojne, poważne, cudownie melancholijne kompozycje wprowadziły podniosłą, monumentalną atmosferę, niczym na jakiejś rockowej mszy. Otwierające set utwory „Anthrocene” i „Jesus Alone” zabrzmiały jak ścieżka dźwiękowa jakiegoś uroczystego, religijnego rytuału. Miało się wrażenie, że w tych momentach Nick rzeczywiście przemawiał do kogoś w górze – może do syna, może do Boga. „Wołam cię moim głosem…”.

Najwspanialszym fragmentem koncertu było wykonanie „Higgs Boson Blues”, który na żywo rozrasta się do kilkudziesięciu minut. To również było prawdziwie mistyczne doświadczenie, choć tym razem słuchacze nie mieli wrażenia uczestnictwa w mszy, a raczej w szamańskim transie. Nick spędził całą piosenkę przy brzegu sceny, „miotając się jak szatan” i zachęcając widzów do wspólnego skandowania frazy „pow pow pow” (czyli paf paf paf, o odgłos pistoletu). Mogący dotknąć swojego idola fani reagowali niczym wierni na spotkaniu z cudotwórcą – co rusz słychać było ekstatyczne wrzaski przedstawicielek płci pięknej, co Nick dowcipnie skomentował, dedykując im „Into My Arms” („Dla wszystkich krzyczących dziewczyn”).

W Warszawie Cave’owi wyraźnie dopisywał humor. Żartami gospodarował subtelnie i oszczędnie, jak na Anglosasa przystało. Ale trudno było się nie uśmiechnąć, gdy stojąc na „wysepce”, otoczony widzami, wziął z ręki jednego z nich sweter i wytarł nim buzię. Albo gdy zawołał: „Czy ma ktoś może… (dostając ręcznikiem) ręcznik”. Albo gdy wplótł do tekstu „Red Right Hand” słowa skierowane do fana z pierwszych rzędów: „zabierzemy ci ten gówniany telefon”. Genialny sposób na zwrócenie uwagi widzowi, by zamiast spędzać cały koncert ze wzrokiem wlepionym w ekranik, po prostu wczuł się w jego atmosferę. Corey Taylor mógłby się uczyć klasy od Nicka.

Napisałbym, że inni muzycy powinni uczyć się od Australijczyka, jak grać doskonałe koncerty. Ale wydaje mi się, że tego nie da się tak po prostu nauczyć. Trzeba mieć też ten szczególny dar, niemalże nadprzyrodzony charyzmat, który sprawia, że koncert staje się przeżyciem prawie religijnym. Nick Cave ten charyzmat z pewnością posiadł. „He’s a god, he’s a man, he’s a ghost, he’s a guru”. 

Setlista:

  1. Anthrocene
  2. Jesus Alone
  3. Magneto
  4. Higgs Boson Blues
  5. From Her to Eternity
  6. Tupelo
  7. Jubilee Street
  8. The Ship Song
  9. Into My Arms
  10. Girl in Amber
  11. I Need You
  12. Red Right Hand
  13. The Mercy Seat
  14. Distant Sky
  15. Skeleton Tree

Bisy:

  1. The Weeping Song
  2. Stagger Lee
  3. Push the Sky Away
Maciej Koprowicz Redaktor antyradia
Polub Antyradio na Facebooku
CZYTAJ TAKŻE
Logo 18plus

Ta strona zawiera treści przeznaczone tylko dla dorosłych jeżeli nie masz ukończonych 18 lat, nie powinieneś jej oglądać.