22.09.2016 10:26

Nickelback w Warszawie [RELACJA]

Święto fanów muzyki rockowej, czy jednak popowej? Które ze swoich oblicz przedstawił na warszawskim koncercie zespół Nickelback?

Nickelback w Warszawie [RELACJA]
foto: materiały prasowe

Nie ma co ukrywać. Kanadyjczycy wśród rockowo-metalowej braci budzą mieszane uczucia (są tego doskonale świadomi o czym opowiedzieli w wywiadzie dla Antyradio.pl - wkrótce na stronie). Nic w tym dziwnego skoro do masowych mediów przedostają się przede wszystkim te łagodne, niekiedy wręcz lukrowane numery kapeli, a na portalach plotkarskich jeszcze nie tak dawno temu mogliśmy czytać o rozpadzie związku Chada Kroegera i Avril Lavigne. Jednak nawet w tym delikatnym obliczu Nickelback można odnaleźć kilka perełek urastających do miana wielkich rockowych ballad. Jest też oczywiście ta druga strona zespołu - przesterowane gitary i pełne hedonizmu teksty sprowadzające się do opowiadania o alkoholowych wyskokach, życiu na krawędzi i przebieraniu w dziewczynach. Czy na Torwarze kapela postanowiła zabawiać nas piosenkami o miłości, a może pełnym ognia rockowym repertuarem?

Kanadyjczycy jednocześnie wstydzą się Nickelback, jak i traktują zespół jako swój topowy towar eksportowy. Nie wiem jak jest w przypadku grupy Monster Truck z Ontario, która wystąpiła w roli supportu, ale w tym przypadku mieszkańcy Ameryki Północnej raczej nie mają powodów do zakrywania twarzy dłońmi. Istniejąca od 2009 roku kapela dała energetyczny koncert wypełniony mieszanką hard rocka, bluesa i southernowych brzmień. Ze sceny dało się usłyszeć inspiracje m.in. Deep Purple, ale przede wszystkim Lynyrd Skynyrd.

Spektakularne show dał cały zespół, ale przed kolegów wysuwał się przede wszystkim prężący obnażoną klatkę piersiową Jeremy Widerman, gitarzysta. W mgnieniu oka przemieszczał się z jednego końca sceny na drugi, po drodze zaliczając jeszcze kilka akrobacji w powietrzu. Nie można mu odmówić ani talentu muzycznego, ani umiejętności tworzenia rockowego spektaklu. Fani Nickelback, którzy doszli do wniosku, że nie chcą tracić energii przed koncertem gwiazdy wieczoru i postanowili pominąć występ Monster Truck wiele stracili. I to nie tylko jeżeli chodzi o poziom supportu i jego repertuar, ale ich oczom umknął też widok tego, jak Ryan Peake, gitarzysta Nickelback, dołączył do mniej doświadczonych kolegów, aby zagrać kilka dźwięków z numeru „For The People”.

Kilka minut po planowanym czasie na scenę wkroczył Chad Kroeger i spółka. Na telebimach wyświetliły się fragmenty z programów informacyjnych donoszące o wszelkiego rodzaju przewrotach i protestach na świecie. To wstęp do „Edge of a Revolution” z ostatniej płyty zespołu. Możecie się zresztą przekonać o brzmieniu tego kawałka poprzez nasz Instagram:

Przez kilka kolejnych numerów Nickelback nie spuszczał z tempa. Dobór numerów był w stanie przekonać każdego antyfana grupy, że drzemie w niej rockowy pazur i bezkompromisowość. „Something in Your Mouth” i „Animals”, to przecież prawdziwie gitarowe uczty. Gdy już wybrzmiał rozpędzony numer z płyty „All The Right Reasons” dostaliśmy wycieczkę w przeszłość do czasów albumu, który wniósł Nickelback na szczyty popularności. Nie, na „How You Remind Me” miał jeszcze przyjść czas, póki co zaserwowano nam „Too Bad”. Był to pierwszy utwór z setlisty, który porwał dosłownie całą publiczność. Pierwszy i choć nie ostatni, to dużo więcej takich momentów już nie było.

Polscy fani są przyzwyczajeni do tego, że słyszą ze sceny zapewnienia o tym, że są „best fucking crowd so far”. Przy takim natłoku komplementów można niekiedy powątpiewać w szczerość tych słów. Jak bądź Chad to wygadany gość sypiący z rękawa kolejnymi dowcipami, to jednak nie pojawiły się z jego strony zapewnienia o drzemiącej w polskiej publice energii. Trudno się dziwić, skoro większość tłumu stała jak wryta potupując jedynie nóżką czy klaszcząc, mniej lub bardziej rytmicznie, w powietrzu. Jakiś malkontent spyta „a czego można się spodziewać po tłumie nastolatek?”.

Tych rzeczywiście nie brakowało, ale na Torwarze pojawili się też ludzie wyglądający na zatwardziałych fanów rockowo-metalowych brzmień. Wypatrzeć można też było sporą liczbę osób w średnim wieku, która zdaje się, że kojarzy zespół przede wszystkim z radiowego repertuaru. Nie chcemy nikomu wypominać tego ile ma lat, czy jakie stwarza pozory swoim wyglądem, ale faktem pozostaje, że publiczność była w stanie z siebie wykrzesać gromkie brawa, wydobyć z piersi okrzyki, pozwolić sobie na głośne śpiewanie oraz klaskanie, ale niewiele więcej. Nie staramy się też przybierać tabloidowego tonu, ale warto zaznaczyć, że na płycie zjawiła się też Magdalena Ogórek, nasza niedoszła prezydent Polski z ramienia SLD. Cóż, rockowe granie od zawsze przyciągało osoby posiadające poglądy skręcające w lewą stronę.

Po „Too Bad” nastał czas na odśpiewanie sztandarowych ballad zespołu. Atmosfera sprzyjająca przytulaniu i obdarowywaniu drugiej połówki pocałunkami, z nielicznymi przerwami, utrzymała się już do końca występu. Romantyczną aurę budowały dźwięki m.in. „Far Away”, „What are You Waiting For?”, „Lullaby”, „Trying Not to Love You” i „Hero” pochodzącego ze ścieżki dźwiękowej do „Spider-Mana”. Przerywnikami wprowadzającymi nas ponownie do świata przesteru i wyrazistych partii bębnów były m.in. niegrany od dawna „Where Do I Hide”, zapoczątkowany wokalem Ryana Peake'a „Figured You Out”, a także medley „Flat on the Floor / Woke Up This Morning / Fight for All the Wrong Reasons” - wielka szkoda, że jedne z bardziej żywiołowych numerów zostały sprowadzone jedynie do krótkich fragmentów pozbawionych partii wokalnych.

Odskocznią od akustycznych brzmień była też konferansjerka Chada Kroegera wypełniona soczystymi fuckami, pokpiwaniem z innych członków grupy poprzez określanie ich słodkimi, czy też naigrywanie się z własnej garderoby, w której dominują ciemne kolory przez co przypomina ona wsysającą człowieka czarną dziurę. Pojawiły się też polskie akcenty - nie tylko wywieszenie biało-czerwonych flag na wzmacniaczach, ale też lekko niezdarne „Dziękuję Ci” i „Na zdrowie”.

Punktem zwrotnym na koncercie było też wyłonienie z publiczności czterech osób, które stanęły na scenie i wspomogły zespół w utworze „Rockstar”. Zobaczcie, jak wyglądał ten moment:

Podstawową setlistę zamknął największy przebój grupy, czyli „How You Remind Me”, ale zespół wrócił jeszcze na scenę na bis. Ten składał się z dwóch numerów. Wcześniej mogliśmy usłyszeć „Dirty Laundry” z repertuaru Dona Henleya, teraz przyszła pora na kolejny cover, tym razem było to „Everlong” od Foo Fighters odśpiewane przez gitarzystę Nickelback. Wieczór zakończyło „Burn It to the Ground”:

Jak żywiołowo zaczęli, tak też zakończyli, w środku obsypując nas dużą dawką lukru. W tym muzycznym daniu każdy mógł znaleźć składniki dla siebie, choć wspomniany lukier co poniektórych mógł zemdlić. W końcu co za dużo słodyczy, to nie zdrowo.

Robert Skowronski
Tagi: Nickelback Koncerty