OFF Festival 2018 w Katowicach [RELACJA]

Maciej Koprowicz
07.08.2018 18:39
OFF Festival 2018 w Katowicach [RELACJA] Fot. Michał Murawski/materiały prasowe OFF Festival

Kult, Oxbow, Unsane, Turbonegro, Furia i wielu innych zagrało w tym roku w katowickiej Dolinie Trzech Stawów. Byliśmy na najważniejszym alternatywnym festiwalu w Polsce – sprawdźcie naszą relację.

Pół żartem, pół serio można powiedzieć, że tegoroczna edycja festiwalu zostanie zapamiętana przede wszystkim z powodu panującego w Dolinie Trzech Stawów piekielnego upału. Temperatury były bowiem w Katowicach wprost tropikalne, a na polu namiotowym zdarzały się przejściowe problemy z zaopatrzeniem w wodę. Brawa dla organizatorów, że zadbali o „wodopój” na terenie festiwalowym.

Czy na koncertach atmosfera była równie gorąca, co w namiotach offowiczów w południe? Szczerze mówiąc – rzadko. Nie wiem, na ile wpłynęła na to pogoda, a na ile zestaw występujących artystów, ale OFF upłynął pod znakiem dobrych bądź poprawnych koncertów, którym brakowało tego nieuchwytnego „czegoś”. Trudno powiedzieć, czy po latach będzie któryś z nich wspominać się tak, jak występy chociażby Swans, My Bloody Valentine, Slowdive czy Zbigniewa Wodeckiego z poprzednich edycji.

OFF Festival – 1. dzień, 3 sierpnia 2018

Pierwszy dzień festiwalowy zacząłem od Much grających na scenie Trójki. Zespół Michała Wiraszki wykonał w całości swój najważniejszy album – debiutancki „Terroromans” z 2007 roku, który obecnie funkcjonuje pod tytułem „Xerroromans”. Zdumiewające, jak dobrze czas obszedł się z tą płytą – po ponad 10 latach ma się wrażenie, że w całości złożona jest z przebojów. „Fototapeta”, „Miasto doznań”, czy „Najważniejszy dzień” to już niekwestionowana klasyka nie tylko polskiego indie rocka, ale i polskiej muzyki w ogóle, o czym świadczyła żywa reakcja widzów, chętnie śpiewających z Michałem nie tylko refreny.

Aby ocenić, czy Hańba! trafi do kanonu polskiej muzyki tak jak Muchy, potrzeba jeszcze czasu. Projekt łączący brzmienie przedwojennego, „podwórkowego” folku z punkowym i antyfaszystowskim przesłaniem to pomysł bez wątpienia interesujący i bardzo oryginalny, ale wydaje się, że muzycy muszą jeszcze dopracować swój warsztat. A może po prostu Hańba! lepiej sprawdza się w kameralnej formule punkowego klubu, niż na festiwalowej scenie?

Następny koncert był jednym z najbardziej oczekiwanych przez fanów rocka na OFF Festivalu – a jednocześnie tym wyczekiwanym z największym niepokojem. Kiedy ogłoszono, że w Dolinie Trzech Stawów zagra Kult, wśród części „offowiczów” zapanowała konsternacja. Ten i ów bajdurzył coś o tym, że dyrektor artystyczny imprezy, Artur Rojek chce z OFF-a zrobić Woodstock albo, o zgrozo, juwenalia… Zaproszenie Kultu, by wykonał w całości swój sztandarowy album, „Spokojnie” w 30-lecie premiery okazało się jednak strzałem w dziesiątkę. Nie dość, że dało snobom do myślenia, jak szerokim pojęciem jest alternatywa, to w dodatku przypomniało bardzo młodej offowej publiczności, że „Spokojnie” to jedno z najważniejszych dokonań polskiej muzyki.

20180803-Kult-fot_mmurawski__R8A9249 Fot. foto: Michał Murawski/materiały prasowe OFF Festival

Widać i słychać było, że Kazikowi i spółce bardzo zależało, by przekonująco wypaść w oczach publiczności, która niekoniecznie jest ich grupą docelową (choć na koncercie zjawił się oczywiście liczny kontyngent fanów Kultu). Wokalista szczerze przyznał, że jest stremowany pierwszym w historii zespołu koncertem na takim festiwalu i to było słychać. „Patrz!” i „Arahja” zostały wykonane dość niemrawo zarówno przez Kazika Staszewskiego, jak i instrumentalistów, ale potem było już tylko lepiej. Psychodeliczne „Jeźdźcy” i „Axe”, a przede wszystkim porywająca, funkowo-swingowa wersja „Do Ani” zabrzmiały wybornie.

Chyba najsłabszym punktem występu były „Landy”. Gitarzystom grającym na akustykach zdarzyło się parę fałszów, ale trudno było się nie uśmiechnąć, oglądając sekcję dętą zespołu, grającą na przeszkadzajkach fragment utworu w klimacie hillibilly - dokładnie tak jak na albumie. Kult przyłożył dużą wagę do jak najwierniejszego odtworzenia brzmienia albumu sprzed 30 lat. Chyba najlepiej było to słychać w „Tanie”, równie monumentalnym i hipnotycznym, co na płycie.

„Historycznie wierne” było także przedstawienie członków Kultu po wykonaniu utworu „Wstać” – Kazik żartobliwie przedstawił ich nazwiskami muzyków, którzy nagrywali w 1988 „Spokojnie”, a jak wiadomo, od tego czasu skład Kultu zmieniał się wielokrotnie. Na OFF Festivalu artyści z reguły nie dają bisów, ale dla Kultu zrobiono wyjątek – na deser zespół wykonał „Czarne słońca”. Myślę, że tym koncertem Kult przekonał wielu hejterów, którzy wieszczyli transformację OFF-a w juwenalia – Kazik i spółka przywołali klimat swoich kultowych utworów sprzed 30 lat.

Co jeszcze zaserwował dla fanów rocka dyrektor Rojek pierwszego dnia? Bardzo interesująco wypadł posthardcore’owy Oxbow, grający w namiocie Trójki. Szczególnie uwagę przykuwał czarnoskóry wokalista Eugene Robinson, który wokalnie bardzo przypominał Nicka Cave’a z okresu The Birthday Party. Koncert zaczął ubrany w elegancki garnitur, by wraz z kolejnymi frenetycznymi utworami zrzucać coraz więcej ciuchów i skończyć w skórzanej kamizelce na gołe ciało.  

OFF Festival - Karol Grygoruk (17 of 23) Fot. foto: Karol Grygoruk/materiały prasowe OFF Festival

Występ The Brian Jonestown Massacre skłaniał do leżącej kontemplacji ich sennej psychodelii na trawce (no pun intended). Wzrok widzów najmocniej przykuwał Joel Gion, przypominający nieco połączenie Liama Gallaghera z marynarzem, grający na tamburynie i przeszkadzajkach.

Sporym zaskoczeniem był dla mnie występ The Mystery Lights. Młody amerykański zespół zaproponował porywający, garażowy rock, a wokalista imponował wysokim głosem, kojarzącym się nieco z Geddym Lee i Burkem Shelleyem.

Większość festiwalowiczów pierwszego dnia czekała na koncert M.I.A., wykonującej pop z wpływami muzyki z subkontynentu indyjskiego. Jej występ podzielił publiczność – jedni tańczyli do upadłego do energetycznych kawałków z pogranicza electro, rapu, dancehallu i ragga, drudzy z zażenowaniem słuchali skarg wokalistki na problemy z odsłuchem albo na… butelki z wodą. Mathangi, bo tak na imię ma M.I.A., bardzo często wyręczała w obowiązkach wokalnych DJ-ka, a show kradły jej dwie tancerki.

Cd. relacji na następnej stronie.

OFF Festival – 2. dzień, 4 sierpnia 2018

Drugi dzień OFF-a oferował najwięcej atrakcji dla fanów rocka. Zacząłem go od koncertu Lonker See na Scenie Miasta Muzyki. Ten zespół z Gdyni wykonuje mieszankę jazzu, art rocka, rocka progresywnego, indie, a nawet punku, a na żywo prezentuje prawdziwą wirtuozerię.

Legendarny Afrojax muzycznie nie ma wiele wspólnego z rockiem, ale jego występ był zdecydowanie najbardziej punkowy na całym festiwalu. Teksty rapera znanego dawniej z Afro Kolektyw są obrazoburcze, obsceniczne, a przy tym nieodparcie zabawne, choć zdaję sobie sprawę, że wersy pokroju „Chociaż przegrany jest los twój człowieczy, przynajmniej nie ruchaj dzieci” (to jeden z najbardziej cenzuralnych) to nie jest sztuka dla każdego. Przede wszystkim Afrojax pisze jednak kapitalne piosenki – jeśli już kupi się jego tekstową konwencję, to trudno nie zachwycić się jego songwriterstwem.

Rolling Blackouts Coastal Fever grali na scenie głównej, gdy wreszcie trochę odpuścił piekielny upał, a niebo nad Doliną Trzech Stawów zakryły wybłagane przez offowiczów chmury. W takich warunkach pogodny, radosny indie/jangle pop młodych Australijczyków zabrzmiał wyśmienicie.

Na przeciwnym biegunie, jeśli chodzi o ciężar muzyki, plasuje się twórczość Unsane. Kultowy zespół amerykańskiej sceny noise i posthardcore zabrzmiał hałaśliwie, a przy tym bardzo selektywnie. Liczba koszulek Unsane, jakie widywałem na miasteczku festiwalowym świadczy o tym, że był to bardzo wyczekiwany koncert, a fani nie mogli być nim zawiedzeni.

20180804-Unsane-fot_mmurawski__R8A2643 Fot. foto: Michał Murawski/materiały prasowe OFF Festival

Dla tej bardziej punkowej części OFF-a wydarzeniem numer jeden z festiwalu był jednak z pewnością show Turbonegro. Szaleni Norwegowie zaprezentowali kapitalną mieszankę punka, metalu, glamu i rock’n’rolla z niezbyt „poprawnymi politycznie” tekstami. Zespół wyszedł na scenę w strojach, których zazdrościć im mogliby Village People – Rune Rebellion wyglądał jak farmer z południa USA, Happy Tom był policjantem z LA, a wokalista Tony Sylvester prezentował się niczym żołnierz, który zabłąkał się na Paradzie Miłości. Tony znakomicie się sprawdza jako następca Hanka von Helvete – nawet hipsterów potrafił zaprosić do udziału w ścianie śmierci (chyba pierwszy raz w historii OFF-a). Zrobił to słowami: „To nie jest mądre. To nie jest bezpieczne. I dlatego to zrobimy”.

20180804-Turbonegro-fot_mmurawski__R8A2812 Fot. foto: Michał Murawski/materiały prasowe OFF Festival

Niestety, nie udało mi się dotrzeć na …And You Will Know Us By The Trail Of Dead, grających w całości album „Source Tags & Codes”. Na szczęście zdążyłem na występ Aurory. Norweżka nie gra co prawda tak czadowo, jak jej rodacy z Turbonegro, ale to nie znaczy, że jej muzyka nie musi przypaść do gustu fanom rocka. Jej wokal kojarzyć się może z innymi słynnymi Skandynawkami – Björk, Emilianą Torrini i Susanne Sundfør, a w jej ambitnym, „elfickim” popie zdecydowanie słychać ducha północnej Europy. Wyglądająca przeuroczo, ubrana w folkową suknię Aurora czarowała nie tylko śpiewem, ale i rozbrajająco dziecinną konferansjerką. Wokalistka kupuje publikę dokładnie takimi samymi środkami, jak nasza Kasia Nosowska.

Nastrojowo było także na koncercie Charlotte Gainsbourg. Słynna aktorka, znana przede wszystkim z ról u Larsa Von Triera, tworzy subtelny, seksowny, bardzo francuski electropop. Jeśli jej nazwisko brzmi Wam znajomo, to oczywiście nie jest to przypadek – to córka Serge’a Gainsbourga. Charlotte  patent na śpiew ma całkiem podobny, jak tata - popisów na cztery oktawy nie było, ale był ogromny ładunek emocjonalny. Na finał usłyszeliśmy zresztą słynny, kontrowersyjny singiel „Lemon Incest”, nagrany przez oboje Gainsbourgów w 1984 roku, gdy Charlotte miała 13 lat. Warto podkreślić, że integralną częścią show Francuzki były imponujące efekty świetlne, obsługiwane bezpośrednio na scenie przez członka jej zespołu.

Cd. relacji na następnej stronie.

OFF Festival – 3. dzień, 5 sierpnia 2018

Ostatni dzień OFF-a był jednocześnie najmniej rockowym, co nie znaczy, że fani gitar nie mogli znaleźć nic dla siebie. Klimatyczny, instrumentalny post black metal ARRM zaskakująco dobrze sprawdził się w warunkach festiwalowych, choć prawdziwa uczta dla fanów ekstremalnego metalu miała dopiero nadejść.

No Age, który zagrał popołudniu na Scenie Miasta Muzyki zaprezentował energetyczny, garażowy indie rock z wpływami amerykańskiego college rocka. Zespół tworzy tylko dwóch muzyków – śpiewający perkusista i gitarzysta, ale nie czuło się, że czegoś w brzmieniu brakowało. Czuć było za to ducha Husker Du, The Replacements i Sonic Youth. Dobry, udany koncert, choć mimo wszystko kompozycjom No Age jednak daleko do utworów wspomnianych mistrzów.

O 19.40 miałem dylemat, czy obejrzeć bardzo oczekiwany przez offową publiczność koncert Ariela Pinka, czy pójść na Clap Your Hands Say Yeah, grających w całości album „Some Loud Thunder”. Wybrałem Ariela i to nie była dobra decyzja. Wokalista przywitał widzów, rzucając: „Nie jestem w nastroju” i tak rzeczywiście było. Artysta raczej bełkotał, piszczał i stękał do mikrofonu, niż rzeczywiście śpiewał, a w wokalnej robocie wyręczał go najczęściej drugi wokalista. Co więcej, na wokale Pinka nałożono tyle efektów, że miało się wrażenie słuchania playbacku. Sprawiedliwie trzeba jednak powiedzieć, że instrumentaliści z zespołu Ariela sprawili się znakomicie – czad był momentami wręcz hardcore’owy, a nie zabrakło też udanych solówek gitarowych.

20180805-Ariel Pink-fot_mmurawski__R8A7946 Fot. foto: Michał Murawski/materiały prasowe OFF Festival

Podsumowując – o ile kompozycje, które usłyszeliśmy zasługują na szóstkę, to Ariel, niestety, zasłużył na ocenę niedostateczną. W kuluarach festiwalu mówiło się, że w weekend mistrz hypnagogic popu miał poważne problemy osobiste, co może choć trochę tłumaczy jego fatalną formę.

Metalowym wydarzeniem trzeciego dnia, a jednocześnie całego festiwalu, miała być Furia. Nihil i spółka nie zawiedli, prezentując niesamowite, mistyczne widowisko w namiocie Sceny Trójki. Czysta, pogańska magia, której nie zaburzyły nawet dość groteskowe okrzyki wokalisty w rodzaju: „Jadymy! Ku*wa”. Ale to też składa się na urok Nihila, bez wątpienia artysty najwyższej klasy, który sprawia wrażenie całkowicie oderwanego od rzeczywistości.

20180805-Furia-fot_mmurawski__R8A8885 Fot. foto: Michał Murawski/materiały prasowe OFF Festival

Nicole Hummel, czyli Zola Jesus nie jest artystką rockową, ale jej klimatyczny synthpop/darkwave może przemówić choćby do fanów rocka gotyckiego (wokalistka porównywana jest m.in. do Siouxsie Sioux). Amerykanka wyglądała zjawiskowo w czerwonej kreacji, a biegając nieustannie po całej scenie sprawiała wrażenie śpiewającego płomienia. I rzeczywiście, ta kobieta to istny ogień – śpiewała tak, że aż nagłośnienie świszczało. Warto dodać, że Nicole była bardzo rozmowna i chętnie wdawała się w sympatyczne pogawędki z widownią – poinformowała nas na przykład, że świetnie się czuje w Europie Wschodniej jako Słowianka (ma korzenie rosyjskie) i że będąc w tej części świata, zawsze stara się zjeść pierogi i barszcz.

Festiwal zakończył się dla mnie koncertem Grizzly Bear. Grający już po północy muzycy z Brooklynu ukołysali publiczność urzekająco pięknymi piosenkami w indiefolkowym klimacie. Był to jeden z najlepiej zaśpiewanych koncertów OFF-a.

Maciej Koprowicz Redaktor antyradia
Polub Antyradio na Facebooku
CZYTAJ TAKŻE
Logo 18plus

Ta strona zawiera treści przeznaczone tylko dla dorosłych jeżeli nie masz ukończonych 18 lat, nie powinieneś jej oglądać.