25.02.2016 09:43

Primal Fear w Krakowie [GALERIA]

Grupa Primal Fear, uznawana przez wielu fanów za ścisłą czołówkę niemieckiego power metalu, przybyła do Polski na jedyny koncert w ramach trasy promującej swój ostatni album „Rulebraker”.

Primal Fear w Krakowie [GALERIA]
foto: Romana Makówka / Antyradio.pl

Okrzyknięci spadkobiercami Judas Priest muzycy odwiedzili Kraków w nieco zmienionym składzie, bowiem po ośmioletniej przerwie powrócił do zespołu oryginalny gitarzysta Tom Naumann, zaś sekcja rytmiczna zyskała nowy napęd w postaci Włocha Francesco Jovino. Grupa dowodzona przez wokalistę Ralfa Scheepersa (ex-Gamma Ray) i basistę Matta Sinnera mocno sponiewierała publiczność, dając ponad półtoragodzinne show.
 
Porównanie z legendarnym składem Roberta Halforda nie jest tu przypadkowe. Primal Fear, poza oczywistymi nawiązaniami muzycznymi, przypomina wielki Judas Priest przede wszystkim klimatem, ubiorem, stylem gry, a nawet łysiną wokalisty. Niemcy mają również dziwną manierę fotografowania się na tle motocykli i półnagich panienek, a jedną z nielicznych rzeczy, które mocno odróżniają obu wokalistów są preferencje seksualne.

Zresztą niewiele brakowało by Ralf Scheepers, który swego czasu ubiegał się o etat u Brytyjczyków, zastąpił samego Halforda. Wybór padł wtedy jednak na Tima Owensa i dzięki temu w niejakim Esslingen zmobilizowano zespół „na obraz i podobieństwo” Bogów Metalu. Być może właśnie po to, by ukoić skołatane po porażce nerwy Ralfa.

Swego czasu oba zespoły nawet razem koncertowały, co tak na marginesie musiało być nieco kuriozalnym wydarzeniem, bowiem fani po większym spożyciu mogli mieć poważny problem z połapaniem się, kiedy jeden ze składów skończył, a drugi zaczął.

Zobaczcie zdjęcia z koncertu.

Na żywo, twórcy pamiętnego „Nuclear Fire” zabijają masą fantastycznych riffów i rewelacyjnym wokalem Ralfa Scheepersa, który na szczęście unika komicznych wokaliz i nadaje muzyce nieprzeciętnej mocy. Primal Fear to dobrze naoliwiona, niezawodna, koncertowa maszyna, która sprawnie wyciska ostatnie poty z publiczności.

Mocną stroną show był tym razem, wspomniany wcześniej Francesco Jovino (były garowy U.D.O.), człowiek o znakomitym wyczuciu rytmu i niesamowitym poczuciu humoru. Jovino potrafi zagrać tremolo małym palcem u nogi na pojedynczej stopie, równocześnie, jak na Włocha przystało, kokietując zgromadzone pod sceną panie. Do tego sądząc po rozmiarach zestawu perkusyjnego uwielbia wszystko, co robi duży hałas i sieje zamęt.

Setlista, jak się można było spodziewać, obejmowała sporą część utworów z ostatniej płyty i raczej (z niewielkimi zmianami) była taka sama, jak na całej trasie. „In Metal We Trust”, czyli typowy metalowy hymn, trochę w stylu Manowar, tytułowe „Rulebreaker”, które nie wiadomo czemu kojarzy mi się z kultowym „I'm a Rebel” Acceptu, do tego „Angels Of Mercy”, „The End Is Near” i „The Sky Is Burning” z przepięknym refrenem, który natychmiast wpada w ucho i powoduje długotrwałe płaskostopie kory mózgowej.

Oczywiście nie obyło się bez kultowych „Final Embrace”, „Angel in Black”, „Metal Is Forever” czy „Running in the dust”.

Należy nadmienić, że w roli supportu wystąpił inny koncertowy pewniak, znany już bardzo dobrze polskim fanom Brainstorm. Tu od razu rozwieję wasze wątpliwości. Ten Brainstorm to nie zniewieściali, metroseksualni rockmani z Łotwy, znani z Eurowizji 2000. Więc trącę nogami panienki i komentarze w stylu „Jak się Renars postarzał” - były co najmniej nie na miejscu. Brainstorm jest uosobieniem niemieckiej solidności i niezawodności. Kapela założona w 1989 roku przez gitarzystów Torstena Ihlenfelda i Milana Loncarica oraz bębniarza Dietera Bernerta promowała swój najnowszy, jedenasty album „Scary Creatures”.

Niemcy złoili tyłki rasowo, bezlitośnie i na bardzo dobrym poziomie, do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić, przy kolejnych wizytach zespołu w Polsce.

Justyna Kierzkowska
Tagi: Koncerty Romana Makówka