Summer Dying Loud 2021, czyli jak po 2-letniej przerwie pożegnaliśmy zdychające lato [RELACJA]

14.09.2021 20:02
Mgła na Summer Dying Loud Fot. Antyradio.pl/Romana Makówka

Summer Dying Loud 2021 za nami. Było głośno, było wzruszająco, było magicznie i wyjątkowo. Każdy fan imprezy o 12-letniej już tradycji potrzebował jej powrotu na festiwalową mapę Polski. Baterie naładowane, w oczekiwaniu na kolejny wrzesień pozostało nam powspominać najgłośniejszy weekend lata.

Dwa lata przerwy od festiwalu Summer Dying Loud to o rok za długo. Jak bardzo impreza jest potrzebna kapelom, jej organizatorom i fanom mogłam przekonać się po wyjątkowej atmosferze, która panowała w Aleksandrowie. Pierwszy weekend września w mieście pod Łodzią od lat nie należy do typowych, za sprawą wydarzenia organizowanego przez nieocenionego Tomka Barszcza, ale tegoroczne muzyczne święto metalowców było jakby bardziej magiczne, refleksyjne, intensywne. Ludzie jakby częściej się do siebie uśmiechali, uważniej obserwowali scenę i mocniej przytulali niewidzianych od miesięcy znajomych. Klimat i wzruszenie, że czasy sprzed pandemii mają szansę wrócić, dopełnił napis "Witajcie w domu", który przywitał wszystkich spragnionych metalowego łomotu.

Summer Dying Loud 2021 - relacja 

Chociaż w Polsce powstały już bardziej wymyślne festiwale pod tym względem, od lat doceniam SDL za eklektyzm. Line-up na pozór metalowy, zawsze daje obecnym szansę na poznanie lub przekonanie się do wielu gatunków i muzycznych odmian wrażliwości. Inicjatywa wspiera też lokalne kapele, które dostają możliwość zaprezentowania się na ogólnopolskiej imprezie, bo do Aleksandrowa na koniec lata zjeżdżają się metalowcy z każdego zakątka Polski.

Zobacz także

W tym roku publiczność coraz liczniej zbierającą się pod sceną rozgrzewał tczewski, hardcorepunkowy Backhand Slap oraz krakowski Taraban - moje odkrycie imprezy. Muzycy deklarują psychodeliczne doznania na swoich koncertach, jednak mnie w zespole ujęły głównie stonerowe wycieczki i echa Alice in Chains. Kapela świetnie łączy elementy muzyki minionych dekad, które grają na naszych sentymentach z nowoczesnym podejściem do tworzenia. To idealna opcja dla tych, którzy nadal sięgają po płyty klasyków takich jak Led Zeppelin, jednak starają się śledzić muzyczne trendy i nie ograniczają wyborów do dad rocka.

Lato umarło z hukiem. SDL powraca po dwóch latach na mapę metalowych festiwali

Tegoroczny lokals - łódzki Death Denied zabrał obecnych w Aleksandrowie w rejony lubiane przez fanów Zakka Wylde'a czy Corrosion of Conformity. Mnie nie porwali, ale na pewno dam zespołowi jeszcze jedną szansę, jeśli tylko nadarzy się taka okazja. Szczególnie jeśli dużą scenę zamienią na klimatyczny klub. Po southermetalowcach na scenie pojawiła się Varmia - wyraźnie wyczekiwana przez publiczność. Grupa to prawdziwe objawienie fanów black metalu. Co rusz słyszę pianie z zachwytu fanów ciężkich brzmień, szczególnie nad ostatnim albumem zespołu. Elementy folkowe, nawiązania do Wardruny, instrumenty etniczne w połączeniu z leśną aurą i prasłowiańską naturą w tle - czyli to, co w Varmii zachwyca jej wielbicieli - sprawiają, że akurat ja nie zostanę wierną słuchaczką zespołu. Ale musiałabym się zamienić uszami z fanem dźwięku rycia paznokciami po tablicy, żeby stwierdzić, że to słaby zespół i słaby koncert. Varmia zagrała znakomicie, a występ grupy był jednym z najmocniejszych elementów festiwalu. Dlatego jeśli to Wasze klimaty lub szukacie ostatecznego powodu, żeby się do nich przekonać - koniecznie zobaczcie grupę na żywo.

Kiedy pod sceną na feście widzicie roztańczoną grupkę ludzi ubranych w metalowe koszulki i ciężkie buty, oznacza to zapewne koncert The Stubs. Na ich pierwszym występie byłam w 2015 roku w małej łódzkiej klubokawiarni. Do tej pory zdążyli już zdobyć całkiem sporą popularność, pochować zespół i wstać z martwych, z czego ogromnie się cieszę. Mam nadzieję, że szczere, dowcipne, surowe granie przekonało do The Stubs kolejne osoby. Każdy, kto w muzyce szuka nieśmiertelnego rock'n'rolla, pozytywnej energii i chłopięcego zapału, na Summer Dying Loud miał okazję uzupełnić ich zapasy właśnie dzięki (tfu :) ) warszawiakom.

Mrok publiczność w Aleksandrowie powitała wraz z grupą In Twilight's Embrace. To zespół, którego nie mam potrzeby słuchać w domowym zaciszu, jednak zawsze chętnie korzystam z okazji, by zobaczyć ich niezwykle emocjonujące występy na żywo. Może się to jednak wkrótce zmienić za sprawą nowych numerów formacji, które wybrzmiały w Aleksandrowie. Zapowiadają one świetną płytę, a koncert udowadnia, że nawet wysoki poziom grania można, a wręcz powinno się szlifować i rozwijać. Pokuszę się o stwierdzenie, że kapela na Summer Dying Loud była w życiowej formie. Od Cypriana Łakomego, frontmana grupy wprost nie da się oderwać wzroku. Jego obłęd i charyzma uzupełnia słyszane dźwięki. Potęguje niepokój, czasem przeraża, może nawet odrętwia i hipnotyzuje. Śledźcie ofertę koncertową Left Hands Souds i koniecznie wypatrujcie występu In Twilight's Embrace w swoim mieście. Naprawdę warto sprawdzić, jeśli jeszcze nie mieliście okazji.

Azarath pozamiatał.  Ostatnią płytę kapeli Inferno, perkusisty Behemotha - "Saint Deseraction" polecałam w ramach cyklu Podsłuchane w Antyradiu w listopadzie 2020 roku. Po przesłuchaniu wspomnianego krążka obiecałam sobie, że choćby skały się wypróżniały, muszę zobaczyć ich na żywo. Zobaczyłam, posłuchałam, zostałam zgładzona. To było absolutne apogeum imprezy. Cieszę się, że muzycy nie grali jako ostatni - taka moc po 12 intensywnych godzinach mogłaby zmniejszyć radochę z koncertu. Idealny występ dla każdego fana ciężkiego grania.

Nergala można określać wieloma epitetami i każdy, kto miał na to ochotę, pewnie już zdążył powiedzieć swoje. Nie rozumiem wielu jego żartów, prowokacji, poglądów i zachowań. Sprawy, o które walczy - są mi bliskie, niektóre metody - bardzo dalekie. Ale kiedy odkładam to wszystko na bok i patrzę na Adama Darskiego wyłącznie jak na muzyka, widzę profesjonalistę i niekończące się pokłady kreatywności i energii potrzebnej do realizacji kolejnych pomysłów. Me and That Man to kapela, której granie nie ma prawa mi się nie podobać - od lat zasłuchuję się, chociażby w płytach Thomasa Jeffersona Cowgilla znanego jako King Dude. Muzyka brzmiąca jak Johnny Cash ugryziony w zadek przez Szatana to obok black metalu najlepsze, co (moim zdaniem) zdarzyło się muzyce. Me and That Man brzmi świetnie, melodie wpadają w ucho, na koncertach nie da się przestać nucić i tuptać nóżką. Ten projekt to kawał dobrej roboty Nergala, a jego próba śpiewania to duża odwaga i imponująca walka ze swoimi ograniczeniami. Próba moim zdaniem średnio udana, jednak mająca ogromny wpływ na działalność również Behemotha. Myślę, że to właśnie dzięki pracy nad czystymi wokalami przy MATM, głos Nergala na ostatnich płytach macierzystego zespołu brzmi najlepiej w jego karierze. Jednak w tej poukładanej, cukierkowej rzeczywistości Me and That Man brakuje mi duszy i prawdy. To dobry zespół, który zagrał dobry koncert z dobrym repertuarem. Tylko tyle, a może aż tyle? 

Chociaż zasób słów języka polskiego nie należy do najmniejszych, brakuje w nim takich, które oddadzą to, co Mgła wyprawia z człowiekiem, który ogląda jej występ spod sceny. To był mój pierwszy koncert grupy na otwartej, festiwalowej przestrzeni. Zwykle mam wrażenie, że ten rodzaj ekspresji i natężenia mroku potrzebuje większej intymności, którą da się osiągnąć tylko w klubach. Te niezależnie od wielkości, sprawiają wrażenie bardziej kameralnych. Ale tak jak wiele kapel z mglistej półki traci na festiwalowych występach, tak Mgła na nim zyskała. Energia ze sceny płynęła jakby szybciej i pewniej. Zespół był jeszcze głośniejszy, bardziej precyzyjny i skupiony niż przy naszym ostatnim spotkaniu. Dźwięki kolejnych kawałków rozlały się na teren SDL i zapchały słuchaczom zmęczone już uszy. Chociaż Mgłę pewnie słyszało całe miasto, a dźwięki grane przez zamaskowanych muzyków są niezwykle intensywne, mnie uspokajają, wyciszają. Nie wybrałabym lepiej gwiazdy wieczoru. 

Co roku powtarzam się, że SDL to najlepszy metalowy festiwal w kraju. Nadal nic w tej kwestii się nie zmieniło, ale podczas tej edycji doceniłam to wyjątkowe miejsce, kapele, pracę organizatorów i spotykanych na każdym zakręcie znajomych jakoś szczególnie. Lato w Aleksandrowie od lat umiera głośno, ale w tym roku zdechło jakby z podwójną mocą.

Joanna Chojnacka
Joanna Chojnacka Redaktor antyradia
Polub Antyradio na Facebooku
CZYTAJ TAKŻE
Logo 18plus

Ta strona zawiera treści przeznaczone tylko dla dorosłych jeżeli nie masz ukończonych 18 lat, nie powinieneś jej oglądać.