30.01.2016 11:29

Therion w Krakowie [GALERIA]

28 stycznia 2016 roku, szwedzka bestia rozpoczęła powolne, trzydniowe przetaczanie się przez kraj nad Wisłą. Minitrasa po Polsce obejmowała w sumie 3 miasta: Warszawę, Kraków i Gdańsk. Oto parę słów o krakowskim koncercie, który odbył się 29 stycznia w klubie Kwadrat.

Therion w Krakowie [GALERIA]
foto: Romana Makówka / Antyradio.pl

Generalnie już kilka lat temu straciłam zupełnie orientację, który z koncertów Theriona jest pożegnalny, a który powitalny. Chyba nawet najwięksi fani mają problem się w tym połapać. Wybaczcie więc, ale nie do końca jestem pewna czy nawiedzili Polskę, by się żegnać, witać, czy żeby po prostu umilić nam życie.

W każdym razie przyjechali i przywlekli ze sobą psychodeliczno-rockowy projekt Christofera Johnssona - Luciferian Light Orchestra, za co serdecznie im z tego miejsca dziękuje, bo nie dość, że świetnie brzmią na żywo, to grają bez zbędnego zadęcia.

Luciferian Light Orchestra, inspirowany jest rockiem z końca lat 60. i początku 70., bardzo mrocznym i okultystycznym, okraszonym brzmieniem dziadka dzisiejszych Casio, czyli organami Hammonda. Wprawdzie, jak to mieli w zwyczaju muzycy w tamtych czasach, nikt nie rzucał nimi w publiczność (nie przytaszczyli ich nawet na scenę), ale i tak set powalał na kolana. Jak powiedział niegdyś sam Johnsson, jest to styl, który miałby Therion, gdyby „Theli” nie został wydany jako album symfoniczny.

W sumie niemal godzina spędzona z Abbé Boullanem, Tyberiusziuszem i Mefistofelesem w tle. Do tego bajecznie wyglądająca i charyzmatyczna Mari Paul, która na żywo daje radę lepiej niż niejeden „Najtwisz”.

Wracając do Therionu, weterani symfonicznego metalu, tym razem mocno się postarali, więc oczekujcie „achów” i „ochów” z mojej strony. Pan Thomas niestety, nie kąsał żadnej z Pań w szyjkę (kto był w 2012 w Krakowie, ten wie o czym piszę), za to jedną Panią próbował wykorzystać i udusić, do tego publicznie i bez zbędnych ceregieli. Było więc tradycyjnie i bardzo „therionowo”.

Szwedzi po prostu przyzwyczaili swoich fanów do starannie przygotowanych koncertów, z dobrym nagłośnieniem i przyzwoitym światłem, więc jak łatwo się było domyślić i tym razem cały koncert był na bardzo wysokim poziomie.

Therion na żywo prezentuje się bardziej metalowo niż symfonicznie, ale widowisko (nawet jeśli wcześniej wyreżyserowane) wygląda naturalnie i spontanicznie. Pędzące riffy Christiana Vidala, zgrabnie przeplatane operową bajką prędko wpadają w ucho. Zostawiają też w mózgu niezłą „dziurę”, więc szczęśliwcy, którym dane było zobaczyć zespół na żywo, zapewne na długo zapamiętają te koncerty.

Setlista opierała się na evergreenach, niemniej jednak znalazło się w niej aż pięć utworów, które nigdy wcześniej nie były grane na żywo oraz kilka, których formacja nie wykonywała od dawna. Zresztą Therion zapowiedział to już kilka dni przed koncertami, odszczekując się jednemu z fanów na Facebooku, który miał problem w kwestii doboru utworów. 

Inna sprawa, że Polacy ślepo kochają zespół, a Therion uwielbia Polskę i występuje u nas przy każdej byle okazji, więc w przypadku Johnssona i jego wesołej kompani, nie jest ważne co grają. Mogą oni wyjść, wykonać cokolwiek, byle tylko kończyło się na „To Mega Therion”. Jeśli mimo wszystko jesteście ciekawi, co było na setliście, zdjęcie znajdziecie w galerii.

Oczywiście nie zabrakło niespodzianek (żeby nie było, że są aż tak przewidywalni) choćby gościnnego występu Mari Paul w „Mon amour, mon ami”, podczas którego doszło do epickiego duszenia, miętoszenia i innych czynności seksualnych z Thomasem.

Ten koncert przejdzie jednak do historii z zupełnie innego powodu. Takiej sauny w krakowskim Kwadracie nie pamiętają nawet najstarsi górale. Po 30 sekundach w fosie (czyli tym wąskim pasku pomiędzy sceną a barierką, w którym fotografowie depczą siebie nawzajem i zasłaniają Wam skutecznie widoczność) zaczęłam mieć dylemat. Zastanawiałam się, czy wycierać zaparowany obiektyw, twarz, czy podrzucić chusteczki Chiarze, której staranny makijaż spływał właśnie rwącym strumieniem z twarzy na dekolt. Temperatura w Dolinie Śmierci (porównując ją do tej na koncercie) jest jak spłuczka klozetowa przy wodospadzie Niagara, a ruska bania to istna Antarktyda.

Generalnie koncert upycham do szufladki „udane”, bo jedynym rozczarowaniem był fakt, że moja ulubiona chórzystka Therionu, Linnéa Vikström, porzuciła na tej trasie suknię la Beza Pavlovej na rzecz spodni i z tego powodu nie wychodziła już tak pięknie na zdjęciach. Ale są to już prywatne rozterki fotograficzne i nie musicie się nimi za bardzo przejmować.

Kto z Was był na krakowskim koncercie zespołu Therion?

Aleksandra Degórska
Tagi: Koncerty Romana Makówka Galeria