04.11.2016 09:44

White Lies w Warszawie [GALERIA]

3 listopada 2016 trio zagrało w Progresja Music Zone. Jak Brytyjczycy zaprezentowali się przed warszawską publicznością?

White Lies w Warszawie [GALERIA]
foto: Radek Zawadzki / Antyradio.pl

W klubie Progresja zawsze jest gorąco, ale atmosfera w czwartkowy listopadowy wieczór była naprawdę gorąca. Na sali bowiem znaleźli się praktycznie sami wierni fani zespołu, którzy znali teksty wszystkich numerów. Łatwo sobie zatem wyobrazić, co działo się w klubie, gdy tuż po 21:00 na scenie pojawił się White Lies.

Formacja odwiedziła Warszawę w ramach promocji nowego longplaya zatytułowanego „Friends”, który wydano 7 października 2016 roku. Nic zatem dziwnego, że koncert rozpoczął się od  „Take It Out On Me” z tej właśnie płyty. Setlista występu była zdominowana przez nowe utwory, takie jak Hold Back Your Love, Morning in LA, Is My Love Enough, Don't Want to Feel It All, Come On. Jak na 17 numerów, które tego wieczoru wykonał zespół aż tak spora liczba kompozycji z najnowszego krążka mogła nieco zawieść fanów, którzy czekali np. na kawałek Is Love. Patrząc jednak na uśmiechnięte twarze słuchaczy można bez ogródek stwierdzić, że nikomu jednak to nie przeszkodziło w dobrej zabawie. Co więcej, choć krążek ukazał się miesiąc temu to fani znali teksty premierowych numerów.

Album „Friends” został zdominowany przez syntezatory, które jak wiadomo w twórczości White Lies zawsze były ważnym elementem kompozycji, jednak obecnie stały się zdecydowanie najważniejszym instrumentem w nowych numerach. Utwory te jednak brzmią bardzo dobrze na koncercie i dobrze prezentują się obok numerów ze starszych płyt, jak chociażby There Goes Our Love Again”, Farewell to the Fairground czy Unfinished Business”.

Brytyjczycy choć statyczni na scenie, zaprezentowali bardzo dynamiczny koncert - od początku wybuchła euforia wśród publiczności i tak już zostało do końca występu. Nie było ani minuty na odpoczynek, fani skakali, klaskali i śpiewali razem z frontmanem. 

Zresztą zobaczcie, jak wypadł ten koncert:

Harry McVeigh posiada bardzo przyjemną barwę, dojrzały głos. Na koncercie pokazał, że niestraszne mu wysokie dźwięki, choć natura obdarzyło go raczej niskim wokalem. Mimo tego, że na jego skroniach nie można było zauważyć ani jednej kropli potu, to dawał on z siebie naprawdę wszystko. Muzyk się nie oszczędzał i w wyniku gardłowego śpiewu pod koniec koncertu było słychać, że w wysokich rejestrach zaczyna on mieć problemy, choć było to do wyłapania raczej dla naprawdę wprawionego ucha. 

Frontman od pierwszych minut koncertu zdobył sympatię słuchaczy. W czasie numerów był jak w swoim świecie patrząc daleko w dal, zaś w momencie, gdy kończył się kawałek wracał z powrotem na ziemię, by się uśmiechnąć do publiczności i podziękować za naprawdę gorące przyjęcie. Zresztą McVeigh nie wstydził się wyznać, że kapela naprawdę uwielbia warszawską publiczność, bo za każdym razem, gdy tutaj gra jest pod wrażeniem energii, którą utrzymuje od publiczności.

Zespół postanowił pożegnać się kawałkiem Death, w którym zmieniając znacznie tempo powodował, że publiczność wpadła w niesamowitą euforię. Oczywiście bis był przewidziany i formacja zaprezentowała jeszcze Big TV”, „Come On” oraz „Bigger Than Us”.

Koncert pozostawił niedosyt, bo takiej muzyki można słuchać i słuchać. White Lies potrafi przekonać do siebie każdego, bo są to po prostu szczerzy faceci, którzy grają ciekawe melodie podbite linią basu z syntezatorowymi ozdóbkami. Głęboki głos McVeigha dopełnia całą tę postpunkową całość wobec której nie można przejść obojętnie.

Byliście na warszawskim koncercie White Lies?

Aleksandra Degórska
Tagi: Koncerty White Lies