30.01.2015 17:13

Blind Guardian – Beyond The Red Mirror

Nie licząc USA i Wielkiej Brytanii, o każdym państwie można powiedzieć, że jego obywatele są szczególnie dobrzy w graniu jakiejś odmiany rocka lub metalu.

Blind Guardian – Beyond The Red Mirror
foto: materiały prasowe

My jesteśmy mistrzami w ekstremalnych formach jak death i black metal. Nasi zachodni sąsiedzi szczególnie upodobali sobie thrash i power metal. Power metal jako gatunek powstał w Niemczech. To przyspieszona i „dociążona” odmiana heavy metalu, a za protoplastów stylu uważa się grupy Helloween i Blind Guardian.

Ta druga właśnie objawiła światu swój nowy, już dziesiąty studyjny krążek zatytułowany „Beyond The Red Mirror”. Album poprzedzało EP „Twilight of The Gods”, które zaostrzyło tylko mój apetyt na pełną płytę, ale okazało się, że miałem zbyt niskie oczekiwania wobec zespołu. Nowy longplay jest bowiem dziełem niemal kompletnym.

Czytając docierające ze strony zespołu informacje, że pracują nad płytą razem z trzema różnymi chórami (Budapeszt, Praga i Boston) i dwiema liczącymi prawie 90 muzyków orkiestrami, można było pomyśleć, że Blind Guardian porywa się na stworzenie arcydzieła w swym gatunku. I praktycznie tak się stało.

Piszę o arcydziele w ramach power metalu, bo oczywiście „Beyond The Red Mirror” jest kanoniczną wręcz dla tej stylistyki płytą. Nie ma  mowy o wymyślaniu siebie na nowo, ani odkrywaniu Ameryki. Coś jednak sprawia, że całość nie jest również zjadaniem własnego ogona i brzmi niesamowicie świeżo. I tak naprawdę ciężko powiedzieć co to, albo czy jest to jeden czynnik czy więcej. Na pewno od pierwszego przesłuchania zauważycie jak dużą dawkę energii niesie za sobą słuchanie nowych kawałków. Mimo, że tylko dwie piosenki trwają mniej niż 5 minut, to materiał ani przez moment nie nudzi i cały czas trzyma w napięciu. Ale nie może być inaczej, skoro właściwie tylko „Twilight of the Gods” jest nieco subtelniejszym, fragmentami inspirowanym Queenowskimi zaśpiewami sonetem, podczas gdy reszta płyty to potęga brzmienia w czystej postaci (poza balladowym i też queenowskim „Miracle Machine”).

Zresztą „Queen” i „brzmienie” to słowa kluczowe dla odbioru albumu. W większości piosenek wpływy Królowej są albo ewidentne, albo co najmniej zauważalne. Chodzi przede wszystkim o chóralne zaśpiewy, przenikanie się wokali („Miracle Machine”), ale również o zagrywki gitarowe ocierające się o rozwiązania stosowane przez Briana Maya. Brzmienie płyty, o którym wspomniałem na początku akapitu to drugi bardzo mocny punkt albumu. Jest selektywne, każdy instrument doskonale słychać, żaden nie jest faworyzowany kosztem drugiego. Wokale także nie zostały wysunięte przed gitary, co osobiście bardzo lubię – przecież nie po to słuchamy gitarowej muzyki, żeby gitary przykrywać śpiewem, choćby był świetny. A przyznać trzeba, że właśnie taki jest. Hansi Kürsch jest jednym z najbardziej wszechstronnych wokalistów w muzyce metalowej i pokazuje to na „Beyond the Red Mirror” raz za razem.

Prawdziwy popis panowie dają na koniec. „Grand Parade” to, parafrazując tytuł utworu, „grande finale” tej płyty. Kawałek, w którym po prostu jest wszystko, co dobre w twórczości Blind Guardian. Podniosły nastrój, piękna i wpadająca w ucho melodia, popisy gitarowe na najwyższym poziomie, doskonały wokal. Zmieniające się tempo i klimat. Wszystko podlane sosem świetnie dobranych klawiszowych teł.

Droga, którą przebył Blind Guardian od swoich pierwszych płyt do „Beyond the Red Mirror”, jest doprawdy godna podziwu. To już nie jest zespół, o którym można było napisać, że jest śmieszny w swym patosie, typowym przecież dla power metalu. „Beyond the Red Mirror” to płyta wspaniała. Z tym kto ma inne zdanie, bardzo chętnie spotkam się na ubitej ziemi.

Ocena: 5/5

Dominik Zawadzki
Tagi: Recenzje Blind Guardian