01.02.2019 16:16

Bring Me The Horizon - "amo" [RECENZJA]

W piątek 25 stycznia 2019 roku do sprzedaży trafił nowy album zespołu Bring Me The Horizon. Szósty studyjny krążek grupy nosi tytuł "amo" i jest kolejnym krokiem ewolucyjnym kapeli z Sheffield. Czy eksperymentowanie z popem i muzyką elektroniczną wyszło BMTH na dobre?

Bring Me The Horizon "amo"
foto: materiały prasowe

Nowy krążek BMTH trafił do sprzedaży ponad 3 lata po premierze poprzedniego albumu zespołu z Sheffield, który nosił tytuł "That's The Spirit" (wrzesień 2015). Już płyta numer 5 w dorobku Brytyjczyków zwiastowała ogromne zmiany w stylu muzyki, który uprawia Bring Me The Horizon. Dołączenie w 2013 roku do zespołu producenta/klawiszowca Jordana Fisha spowodowało, że BMTH otworzyło się na zupełnie nowe brzmienia i rozwiązania kompozycyjne. 

Bring Me The Horizon - amo: warto posłuchać?

Jeszcze bardziej ekstremalną zmianę w brzmieniu zespołu przynosi fanom "amo", 6. długogrający album Bring Me The Horizon. Nowy materiał Brytyjczyków rozpoczyna się od krótkiego intro "i apologise if you feel something", które następnie przeradza się w pierwszy singiel z płyty, utwór zatytułowany "MANTRA". Niepokojące elektroniczne instrumentarium intra dość ciekawie kontrastuje z przebojowością "MANTRY" i otwiera "amo" w naprawdę interesujący sposób. 

Jednak dopiero 3. utwór na trackliście, "nihilist blues" z gościnnym udziałem wokalistki Grimes, przedstawia prawdziwą ewolucję zespołu. O ile "MANTRA" bez problemów mogłaby się pojawić na "That's The Spirit", o tyle mroczny, elektroniczny, ale momentami bardzo eksplozywny i wręcz taneczny "nihilist blues" wprowadza nas w zupełnie nową erę Bring Me The Horizon. Wokale Oliego Sykesa są ciężko przesterowane, gitary w refrenie rozmyte, a cały utwór jest napędzany przez syntezatory i jednostajny beat perkusyjny. Utwór bardziej pasuje do twórczości Trenta Reznora i Nine Inch Nails (może oprócz łagodnych wokali), niż do BMTH. Zapada w pamięć i daje duże nadzieje na kolejne kilkadziesiąt minut.

Niestety po świetnym rozpoczęciu "amo" zwalnia. Następne "in the dark", przez dość pogodny riff w zwrotce, zaskakuje swoją lekkością. Dopiero refren zdradza prawdziwy ciężar utworu, który po raz kolejny na albumie jest kontrastowany z "lżejszym" elementem. Tym razem przesterowanym gitarom towarzyszy zmodyfikowany damski głos powtarzający tytuł utworu. Niestety ani refren, ani zwrotki nie zapadają w pamięć i piosenka należy do najgorszych momentów "amo".

Po "in the dark" przychodzi "wonderful life" z Danim Filthem z Cradle of Filth. Singiel był określany przez Sykesa i Fisha jako "najcięższy utwór na albumie". I trudno się z nimi nie zgodzić. Główny riff jest ciężki, buja i przypomina bardziej twórczość Limp Bizkit, niż BMTH (prawdopodobnie dlatego, że został napisany właśnie dla Freda Dursta i spółki). Dopiero melodyjny refren przypomina nam, że mamy do czynienia z panami z Sheffield. Niestety, gościnny występ Filtha jest niesatysfakcjonujący - wokalista jedynie wyszeptuje fragment bridge'u, a następnie jest zagłuszany przez Oliego Sykesa. 

O czym są teksty na "amo" Bring Me The Horizon?

Album następnie zostaje zatrzymany przez "ouch", elektroniczną interludę, nawiązującą swoim tekstem do "Follow You" z poprzedniego albumu BMTH. Tu warto wspomnieć o tekstach przygotowanych przez Sykesa na potrzeby "amo". Motywem przewodnim albumu jest tytułowa miłość - nie tylko w pozytywnym aspekcie (jak w "mother tongue"), ale także w tym, co potrafi zrobić z człowiekiem. Tematami są również zdrada i zranienie, jak w "ouch", "i apologise...", "medicine" i "why you gotta kick me when i'm down?" oraz strach przed utratą miłości, jak w "heavy metal" (aczkolwiek ten utwór jest raczej ironiczny, więc trudno brać te słowa na poważnie). 

Teksty są pełne klisz i momentami bywają bardzo infantylne, ale w większości mają sporo sensu i niektórzy mogą odnaleźć sporo siebie w przemyśleniach Sykesa. Za to należy wokalistę jak najbardziej pochwalić. 

Po bardzo przaśnym "medicine", przychodzi najbardziej punkowy moment albumu w postaci "sugar honey ice & tea", który jest niestety bardzo powtarzalny i wypada blado, gdy jest zestawiony z bardziej eksperymentalnymi fragmentami "amo". Jednym z nich jest wspomniane "why you gotta kick me when i'm down?", rozpoczynające się od trapowego beatu, prawie rapowanej melodii wokalnej, a następnie eksplodujące w refrenie i zmieniające się w rockowy hymn. Na wyróżnienie zasługuje również zakończenie utworu - elektroniczny breakdown będzie brzmiał niesamowicie na dużych halach, bo umówmy się - właśnie w takich miejscach należy się spodziewać BMTH w 2019 roku i najbliższej przyszłości. 

Czy "amo" to najlepsza płyta Bring Me The Horizon?

Pozostałe "fresh bruises" wyróżnia się monotonnym beatem i ma na celu przygotować słuchaczy na absolutnie najbardziej popowy, słodki i przaśny moment "amo", którym jest "mother tongue". Oli Sykes określił ją "prawdziwym love songiem" i po raz kolejny miał rację. Jeżeli byliście kiedyś ciekawi, jak brzmiałby Coldplay z gościnnym występem wokalisty Bring Me The Horizon, to ten utwór zaspokoi waszą ciekawość. Moim zdaniem refren tego utworu jest wspaniały, a połączenie rytmu rodem z "Despacito" i syntezatorów rodem z twórczości wspomnianego Coldplaya jest fantastyczne. 

Na końcu czekają na nas jeszcze dwa utwory - wspomniany "heavy metal", który mimo bycia podobnym do wcześniejszych "ciężkich utworów" ("wonderful life", "sh&t") jest chyba najciekawszy z nich. Wszystko dlatego, że w tekście Oli Sykes odnosi się do fanów, którzy "siedzą na Instagramie w koszulkach Black Dahalia Murder i piszą, że to nie jest heavy metal", a w warstwie muzycznej mamy okazję usłyszeć beatboxera Rahzela, który zachwyca swoimi umiejętnościami w bridge'u utworu. 

"amo" zamyka "i don't know what to say", który zgodnie z tradycją BMTH jest najdłuższym i najbardziej progresywnym utworem na płycie. Niestety, śpiewane intro z akustyczną gitarą i samplem skrzypiec brzmi nieco tandetnie. Utwór na szczęście się rozwija i w ogólnym rozrachunku jest uratowany przez piękne outro i ciekawą solówkę gitarową Lee Malii.

W taki oto sposób doszliśmy do końca tracklisty "amo". Płyty, która nie jest dobrym albumem rockowym, nie jest dobrym albumem popowym, ani nie jest dobrym albumem elektronicznym. Jeśli jednak wymieszamy wszystkie te style w jedno, to dostaniemy po prostu niezły krążek Bring Me The Horizon. Problem polega jednak na tym, że BMTH nie przyzwyczaiło nas do "po prostu niezłych krążków", a raczej do "płyt bardzo dobrych i wyznaczających trendy w metalu i jego pochodnych". Dlatego też mam nadzieję, że następnym razem będzie lepiej. 

Ocena: 6/10

Kamil Kacperski
Tagi: #Bring Me The Horizon #Recenzje