15.11.2018 17:05

"Coldplay: A Head Full Of Dreams", reż. Mat Whitecross [RECENZJA]

Czy film dokumentalny o grupie Coldplay to kolorowa laurka o wielkich osiągnięciach zespołu? Sprawdźcie, czy warto obejrzeć obraz "A Head Full Of Dreams".

"Coldplay: A Head Full Of Dreams", reż. Mat Whitecross [RECENZJA]
foto: materiały prasowe

Trasa Coldplay "A Head Full Of Dreams" zarobiła 523 miliony dolarów - sprzedano 5,4 miliona biletów na 144 koncertach w 83 miejscach na pięciu kontynentach. Coldplay odwiedził również Polskę występując 18 czerwca 2017 roku w Warszawie na wypełnionym po brzegi PGE Stadionie Narodowym.

Aż trudno sobie wyobrazić, że 20 lat temu Coldplay grał w małych pubach w londyńskim Camden. Już wtedy czwórka kumpli ze studiów marzyła o wielkiej karierze - mierzyli wysoko, nie chcieli się zatrzymywać i grać tylko w małych lokalach. Ambitni młodzieńcy od samego początku wierzyli w swój projekt i powoli wspinali się na szczyt. Teraz, gdy mają fanów na całym świecie oraz 7 nagród Grammy na swoim koncie, postanowili na moment się zatrzymać i spojrzeć w przeszłość, która nie zawsze była różowa. 20 lat kariery podsumowali w dokumencie "A Head Full Of Dreams", który pokazuje nie tylko spektakularną trasę o tej samej nazwie, ale również historię zespołu.

Jak niepozorni studenci stali się gwiazdami światowego kalibru? Taką opowieść postanowił przedstawić reżyser Mat Whitecross, który od lat kumpluje się z Coldplay. Twórca umiejętnie poprzeplatał kadry z trasy "A Head Full Of Dreams" z amatorskimi ujęciami z przeszłości, które są tak słabej jakości, że w pewnym momencie widza bolą oczy od trzęsącego się obrazu. Mieszając przeszłość z teraźniejszością pokazano kulisy kariery Coldplay i ewolucję zespołu.

foto: materiały prasowe

Oczywiście opowieść zaczyna się od ukazania młodych studenciaków, którzy wchodzą na scenę małego klubu. Film wciąga widza, bo twórca umiejętnie pokazał trudne początki studentów oraz ich rozwój kariery. Whitecross stworzył opowieść z przymrużeniem oka, co przyszło mu dosyć łatwo, bo Chris Martin to śmieszek, który chętnie wygłupia się przed kamerą. Jednak oprócz sukcesów, takich jak podpisanie pierwszego kontraktu muzycznego, wydania singla "Yellow", który był pierwszym hitem Coldplay czy kolejnych nagród muzycznych, twórca pokazał też mroczne aspekty bycia muzykiem. Nie pominięto niechlubnych wątków w karierze zespołu, jak chociażby odejście z zespołu perkusisty Willa Championa, sprzeczki w studiu czy problemów z używkami.

Reżyser starał się cały czas podkreślić, że siłą zespołu jest przyjaźń - muzycy często wspominają, że atmosfera w zespole jest niezwykle ważna i nadal przyjaźnią się z ludźmi, których poznali na początku swojej muzycznej drogi. Jest to dosyć niespotykane. Coldplay stając się międzynarodową gwiazdą mógłby nie zapraszać w trasy tych samych technicznych i do stworzenia dokumentu "A Head Full Of Dreams" zatrudnić innego reżysera, a nie kumpla ze studenckich czasów. Film pokazał jednak, że chociaż Coldplay to obecnie ogromna instytucja, to "serce" zespołu tworzą nadal ci sami ludzie. Nie zapomniano również wspomnieć o "5 członku Coldplay" - menedżerze Philu Harveyu. On również jest kolegą ze szkolnych lat, który rzucił studia, żeby pomóc Coldplay. 

foto: materiały prasowe

Nazwa dokumentu nawiązuje oczywiście do ostatniej studyjnej płyty oraz trasy koncertowej, ale też dobrze podsumowuje film, w którym dużo mówi się o marzeniach. Tytułowym marzycielem jest Chris Martin, który jest niezwykle kreatywny i swoją energią zaraża innych. Marzył o wielkim zespole i udało mu się to osiągnąć.

Czy film "A Head Full Of Dreams" jest widowiskowy? Tak. Czy dokument wychwala Coldplay? Tak, ale nie jest cukierkową opowieścią o superbohaterach. Każdy, kto chciałby zobaczyć ewolucję jaką przeszedł zespół, powinien obejrzeć ten film i wsłuchać się w słowa piosenek Coldplay. Czy nie powinniśmy częściej patrzeć w gwiazdy i więcej marzyć?

Ocena: 7,5/10

Aleksandra Degórska
Tagi: #Coldplay #Recenzje